wtorek, 29 czerwca 2010

Prochy Angeli
Frank McCourt
wyd. Albatros 2007 r.

***

O tej powieści chciałoby się napisać rzecz ujmująca i na tym skończyć. Ale to nie Twitter i ograniczenia znaków nie ma. Powieść irlandzkiego zmarłego już pisarza jest jego bardzo późnym, acz wyjątkowo udanym debiutem. Debiutem za który 66 letni Frank McCourt otrzymał w 1997 roku Nagrodę Pulitzera. Autobiograficzną opowieścią o trudach i urokach dzieciństwa i dorastania irlandzki pisarz zachwycił i wzruszył miliony czytelników. W tym oczywiście mnie.

Frank - bohater powieści - urodził się w irlandzkiej rodzinie w Stanach Zjednoczonych w okresie wielkiego kryzysu. Rodzice Franka, kompletnie nieporadni emigranci byli zmuszeni z powodu braku jakichkolwiek środków do życia wracać do ojczyzny, gdy ten miał 4 latka. Niestety w przedwojennej, biednej Irlandii również nie czekało na nich rodzinne szczęście. Skrajna nędza, alkoholizm ojca, głód, śmierć rodzeństwa to warunki w jakich dorastał mały Frank i jego młodsi bracia. Tyle, że Frank innego życia nie znał i nawet pomimo tych nieludzkich warunków był po prostu zwykłym, małym urwisem lubiącym zabawy z braćmi, grę w piłkę z kolegami ze szkoły, czytanie książek.

Ta powieść to świat przygód dorastającego dziecka, ale też próba zrozumienia i opisania przez młodego chłopca irlandzkiej i katolickiej duszy. W wieku lat 14stu Frank idzie do pracy i zaczyna zarabiać na bilet na statek do Stanów, aby zrealizować swoje marzenie o godnym życiu.
Jak wiadomo z drugiej części autobiografii pt. "Nauczyciel" McCourt kończy w Stanach studia i do emerytury zajmuje się nauczaniem.

Powieść napisane jest w sposób bardzo zabawny, ciepły, wzruszający. Poza tym daje nadzieję wszystkim tym, którzy marzą o pisaniu książek, że na ten pierwszy raz właściwie nigdy nie jest za późno.

***

"Księża i nauczyciele mówią, że po bierzmowaniu jest się prawdziwym żołnierzem Kościoła, co pozwala umrzeć i zostać męczennikiem gdyby na przykład najechali nas protestanci, mahometanie, czy jakikolwiek inny gatunek pogan. Znowu umieranie. Mam ochotę wyjaśnić im, że nie będę mógł umrzeć za wiarę, bo jestem już zamówiony na śmierć za Irlandię.
- Żartujesz chyba? - pyta Mikkey Molloy. - To całe umieranie za wiarę to lipa. Mówią tak tylko, żeby nas przestraszyć. Z Irlandią tak samo. Teraz już nikt za nic nie umiera. Całe umieranie już się odbyło. Nie zginąłbym ani za wiarę, ani za Irlandię. Mógłbym najwyżej umrzeć za moją mamę, ale nic więcej.
Mikey wie wszystko. Ma prawie czternaście lat, ataki drgawek i wizje. (...)"

wtorek, 9 marca 2010

Skazani na ciszę

David Lodge
Skazani na ciszę
wyd. Dom Wydawniczy Rebis 2008


***

To moja pierwsza książka brytyjskiego pisarza, o którym mówi się, że jest mistrzem powieści uniwersyteckiej. Dostałam ją w prezencie od fanów jego powieści i nie zawiodłam się.

"Skazani na ciszę" to historia emerytowanego profesora lingwistyki, który boryka się ze swoim starzeniem, ze śmiertelnością oraz z ułomnością, która zdaje się bardzo utrudniać mu codzienne życie - powolnym głuchnięciem. Nie tylko spektakl teatralny, bankiet, ale także każda rozmowa towarzyska, czy zwykła domowa paplanina żony bywa dla niego wyzwaniem, a niezrozumienie rozmówcy wstępem do serii pomyłek. Mimo tego bohater stara się patrzeć na swoje życie autoironicznie i zachowywać do rzeczywistości taki charakterystyczny, anglosaski dystans. Cały klimat książki jest zresztą bardzo, bardzo angielski.

Osią powieści jest spotkanie z "dość oryginalną" doktorantką z Ameryki (typowe zetknięcie Ona - młoda Amerykanka, On - dystyngowany Angol, znane np. z "Rybki zwanej Wandą"), która prosi o pomoc w pisaniu pracy na temat listów pożegnalnych samobójców. Oczywiście ich relacja wykroczy poza sprawy językoznawstwa, ale nie będę uprzedzała, czym zakończy się ta znajomość i czy szalonej, ponętnej studentce uda się namieszać w uporządkowanym świecie profesora.

Generalnie książkę polecam, szczególnie zwolennikom angielskich klimatów. Ja sama z pewnością nadrobię lekturę innych powieści Lodge'a.



"Później Sylvia Cooper, żona byłego kierownika wydziału historii, wciągnęła mnie w konwersację w rodzaju tych, kiedy interlokutor mówi coś, co brzmi jak cytat z dadaistycznego wiersza, albo jednego z niemożliwych zdań Chomsky'ego, ty mówisz "Co?" albo "Słucham?", a interlokutor powtarza swoje słowa, które za drugim razem nabierają banalnego znaczenia.
- Żyliśmy dostatnio we Francji i bydło na gorąco pędziliśmy rykszą do lasu w kaszy letników, ryjąc bransoletami.
-Co?
- Powiedziałam, że kiedy byliśmy ostatnio we Francji, było tak gorąco, że spędziliśmy większość czasu w naszym letnim domku, kryjąc się za roletami.
- Ach, było tak gorąco, tak? To musiało być lato dwutysięcznego trzeciego.
- Tak, piliśmy mleko z korniszona i śliwowicę, ale będzie pogrom chórzystów niestety.
- Słucham?
- Byliśmy niedaleko Carcassonne. Śliczna okolica, ale wszędzie ogromne tłumy turystów niestety. (...)"

piątek, 19 lutego 2010

Mąż mojej siostry

Dzisiaj bardzo nietypowo. Zamiast recenzji opowiadanie. Udostępnione dzięki uprzejmości jego autorki - Justyny Białowąs. Zapraszam do lektury.

***

Mąż mojej siostry


Moja starsza siostra bierze urlop dziekański i wyjeżdża do Stanów, gdy ma 22 lata. Ja mam 7. Po roku przychodzi pierwsza paczka z prezentami. Po dwóch, mama w środku nocy odbiera od niej telefon i mówi nam, że za kilka dni Ilona wychodzi za mąż.

Mama jest wystraszona, ojciec nic nie mówi, a mnie interesuje, jak oni się poznali. Historia okazuje się fajna, mogę opowiedzieć w szkole koleżankom. Mike, Amerykanin, lat 34, był klientem biura podróży, w którym pracowała moja siostra. Ilona parę dni wcześniej dowiedziała się, że nie ma szans na zalegalizowanie swojego pobytu w Stanach, nie było więc mowy o kontynuowaniu nauki. Mama tęskniła, ale odradzała jej powrót do Polski. Mimo to, Ilona zaczęła powoli pakować walizki. Nastrój był grobowy. Mike’owi, który planował wyjazd na Ukrainę, życzyła miłej podróży. Wystawiając mu bilet dodała, że sama w życiu by tam nie pojechała, bo Ukraińcy w okrutny sposób wymordowali rodzinę jej dziadka. Mike’owi Ilona spodobała się od razu i specjalnie podał złe dane do biletu. Wrócił do biura po trzech dniach i zaprosił ją na obiad.

Ilona zgodziła się od niechcenia. W liście, który otrzymujemy kilka dni po telefonie, czytamy, że na szczęście, Mike bardziej Ukraińcem się czuje, niż nim jest. Z naszego punktu widzenia to 100% Amerykanin: z Ukrainy do Stanów przyjechał wiele lat temu jego dziadek ze strony ojca, a dziadek ze strony matki mniej więcej w tym samy czasie przypłynął z Francji. I tak siostry Mike’a czuły się trochę Francuzkami, a Mike identyfikował się z Ukrainą. Skończył slawistykę i mówił biegle po rosyjsku i ukraińsku, studiował nawet chwilę w Sankt Petersburgu, Lwowie i Krakowie. Mieliśmy zatem do czynienia z człowiekiem wykształconym i interesującym.

Ilona pisze, że po kilku tygodniach znajomości, Mike „wsadził ją do samochodu i wywiózł do lasu”. Było szaro, samochód trochę grzązł w błocie. Mike zachowywał się dziwnie i nie chciał powiedzieć, o co chodzi. Ilonie przypomniały się wszystkie opowiadane w domu historie o mordach ukraińskich, zwłoki naszej rodziny zakopane w gnoju, dzieci przybite bagnetem do drzewa i kobiety, którym wszywali do brzucha kota. Gdy Mike zatrzymał się na jakiejś polanie, Ilona spanikowała i powiedziała, że w życiu nie wysiądzie. Wtedy wyjął pierścionek i się oświadczył. Jesienny las miał być romantyczną scenerią.

Klika dni po telefonie Ilony przychodzi obiecane zdjęcie jej męża – jest małe i pokazuje w zasadzie tylko tył jego głowy. Dopiero miesiąc później docierają do nas ślubne fotografie. Mike wygląda pięknie, ma czarne gęste włosy związane w kucyk i przypomina Indianina. Wyjazd na Ukrainę odwołał zaraz po pierwszej randce z Iloną i 4 miesiące po ślubie przyjeżdżają do Polski.

Mam już 10 lat i jestem dumna, że moja siostra ma męża z Ameryki. Mama się denerwuje. Powtarza ojcu „niech ci tylko nie przyjdzie do głowy mówić nic o Ukrainie, pamiętaj, że Twoja rodzina uciekła i nic się jej nie stało. Z nas dwojga, prędzej ja powinnam to wypominać, a nie mam takiej potrzeby. I mój ojciec zawsze nam powtarzał: nie jedźcie tam i w ogóle o tym nie rozmawiajcie. Nie ma o czym.” Tata macha na to ręką.

Mike zjednuje sobie naszą rodzinę. Dzięki temu, ze zna rosyjski i ukraiński, szybko zaczyna mówić po polsku. O stosunkach polsko-ukraińskich rozmawia się po drugim piwie, na zasadzie: to prawda, Ukraińcy mordowali Polaków, ale Polacy odpłacali pięknym za nadobne.

Dwa lata później rodzi się im syn i nazywają go Martin. Imię cieszy wszystkich. Ilonę – bo tak nazywał się bohater jej ulubionego filmu o wampirach, mojego tatę – bo po polsku to Marcin, czyli tak, jak nazywał się jego własny ojciec i Mike’a – bo wieś na Ukrainie, z której pochodził jego dziadek, nazywa się Stary Martynicz. Gdy Marcin podrasta, Mike nalega na amerykańsko-ukraińską podstawówkę. Dodatkowo, Marcin będzie chodził jeszcze dwa razy w tygodniu na lekcje polskiego.

Problemy w małżeństwie Ilony następują równolegle ze zwiększeniem polskich publikacji na temat mordów ukraińskich. Ojciec kupuje wszystko jak leci i razem z moją siostrą stają się ekspertami w tej dziedzinie. Gdy Ilona z rodziną przyjeżdża co roku do Polski, mama stara się opanować sytuację: zmienia tematy rozmów, kłóci się z ojcem i Iloną, żeby o tych mordach rozmawiali na osobności albo w sposób neutralny. Jak rozmowa toczy się źle, mama sama w końcu zaczyna tych Ukraińców bronić. Mówi, że my ich strasznie katowaliśmy i że UPA też miało swoje racje. Ale nie udaje się jej na przykład zapobiec temu, że podczas kąpieli Mike przestudiował publikację, która zostawiła tam przez pomyłkę Ilona: obszerny album fotograficzny pt. „Bestialskie mordy UPA dokonane na Polakach w latach 1942-44.”

Gdy mam 17 lat, Mike dojrzewa do podróży, z której zrezygnował, zakochując się w mojej siostrze. Zabieram się z nimi i udziela mi się nastawienie domowe – że jadę w nieznane, zapuszczam się w najniebezpieczniejsze tereny. Od czasów wojny, rodzina jechała tam tylko po złoto. Wujkowie udzielają rad, spośród których zapamiętujemy przede wszystkim to, że nie możemy tam jechać samochodem, bo ukradną, ani jeść potraw z majonezem, bo na pewno zepsuty.

Lwów jest piękny, bezpieczny i przecież jeszcze taki nasz. No, ale potem trzeba odwiedzić Stary Martynicz. Przyjeżdża stara Łada, a w niej krewni Mike'a: Iwan i Igor, dwóch identycznych mężczyzn po pięćdziesiątce. Ogorzałe twarze i złote zęby. Później trzygodzinna lepka podróż do Starego Martynicza. Wysiadamy przed wiejskim wybielonym domem, a tam stoją w rzędzie dwie rodziny, jakieś 16 osób, wszyscy w białych koszulach oraz czarnych spodniach i spódnicach, od staruszków po małe dzieci. Z każdym całujemy się trzy raz w policzek, robimy w tym rzędzie zdjęcie obok studni i wchodzimy. W domu długi zastawiony stół, na każdej ścianie ciemne dywany. Mike przekazuje najstarszemu gospodarzowi prezenty, wzruszeniom nie ma końca. Marcin zaczyna bawić się z dziećmi, mówi przecież biegle po ukraińsku. My z Iloną trzymamy się coraz bliżej siebie.

W końcu sadzają nas przy stole. Zapadamy się na tapczanie pod ścianą z dywanem. Nie mogę brać udziału w rozmowie, bo ukraiński tylko rozumiem, po rosyjsku też nie mówię. Co rusz podstawiają nam pod nos talerze i powtarzają „kuszaj, kuszaj”. Są tak przejęci i chcą tak dobrze, że zjadamy dwa raz ponad nasze siły i zaczynamy kieliszek za kieliszkiem pić najzdrowszy samogon na świecie. Czujemy, że odbębniłyśmy swoje, Mike jest z nas zadowolony.

Budzę się o 5 rano, bo Ilona rzyga na podwórku. Otacza ją cała rodzina, chmara dzieci i wszyscy chcą pomóc. Podbiegają też kaczki i gęsi i zaczynają dziobać to, co Ilona wymiotuje. Na koniec przybiega sam gospodarz i daje Ilonie szklankę samogonu: to najlepsze lekarstwo. Ilona zaczyna rzygać jeszcze bardziej. Mike robi się na nią zły.

Wyrabiamy plan podróży ze chorą i wściekłą Iloną. Odwiedzamy jeszcze jakąś kuzynkę Mike’a w Stanisławowie. Wchodzimy na piechotę na ósme piętro, bo winda działa tu tylko godzinę rano i wieczorem. Ciotce gęba się nie zamyka, mówi szybko po rosyjsku, więc zupełnie nic nie rozumiem. Ilona natomiast tak i w którymś momencie słyszę jak słodko zwraca się do Mike’a po angielsku, tak żeby nikt nie zrozumiał: „Jeżeli natychmiast stąd nie wyjdziemy, to powiem tej babie, że jest suką.” Mike nic nie daje po sobie poznać, ale wychodzimy. Bez słowa wsiadamy do łady i w ciszy jedziemy w Karpaty. Mike, który jest od lat niedzielnym malarzem, będzie uwieczniał piękno natury ukraińskiej. Mamy przystanki na rzyganie Ilony – wtedy w końcu mówi mi, że ciotka rozprawiała o okrucieństwie Polaków w czasie wojny. O tym, że znęcali się nad UPA i że tego nie można wybaczyć.

W górskiej chatce ja też już wymiotuję. Mike nie może na nas obydwie patrzeć, bierze akwarele i idzie w góry. Mówi, że jeżeli chcemy się umyć, możemy iść do rzeczki obok. Rzeczka płynie przez środek wsi i sięga nam do kostek. Jakaś Ukrainka się lituje i przynosi nam wiadro wody ze studni. Nam jest coraz gorzej i słabiej. Pomagamy się sobie umyć nawzajem w misce i wpadamy w stan otępienia: cały dzień i całą noc. Mike wraca z malunkami do domu i nawet do nas nie zagląda. Na drugi dzień odwozi nas na dworzec do Lwowa, żebyśmy mogły wrócić do domu, a sam jedzie z powrotem na wieś i siedzi tam jeszcze tydzień z Marcinem.

Rodzice są przerażeni, gdy nas widzą. Wyglądamy, jakbyśmy były na wojnie. Obydwie nie możemy normalnie jeść jeszcze przez tydzień. Od tego momentu, gdy Ilona z rodziną przyjeżdża do Polski, Mike spędza u nas w domu tylko kilka dni i wyrusza na Ukrainę. Marcin jest też zobligowany do pobytu w obydwu krajach. W Polsce czuje się lepiej, ale mówi coraz gorzej w naszym języku. Za to płynnie czyta i mówi po ukraińsku. W niewytłumaczalny sposób już nikt w mojej rodzinie nie widzi w Mike’u Amerykanina. Zresztą on sam rozmowach markotnie wypowiada się o Ameryce, woli rozprawiać np. o problemach Wołynia. Denerwuje się, gdy u nas w domu źle mówi się o UPA i ma coraz więcej do powiedzenia na temat okrucieństwa Polaków. Przywozi mojemu ojcu kubek z wizerunkiem Bandery.

Rozwodzą się z Iloną jakiś czas później. W rodzinie panuje przekonanie, że moja siostra spędziła ponad 10 lat z Ukraińcem.

środa, 10 lutego 2010

Prowadź swój pług przez kości umarłych

Prowadź swój pług przez kości umarłych
Olga Tokarczuk
Wydawnictwo Literackie 2009

***

Zmęczyłam, bo inaczej nie można tego nazwać, nową książkę Olgi Tokarczuk. Z chęcią do niej sięgnęłam po wcześniejszych lekturach Prawieku i Domu dziennym i niestety zawiodłam się dość mocno.

Historia z Kotliny Kłodzkiej opowiedziana przez emerytowaną (choć jeszcze czasem pracującą) nauczycielkę języka angielskiego, tłumaczkę poezji Blake'a i miłośniczkę zwierząt - panią Janinę (co nie cierpi swojego imienia) Duszejko. A nie mogę zapomnieć przede wszystkim astrolożkę, czytającą z gwiazd co się zdarzyło lub zdarzy. Właściwie to historia jednego roku z jej życia, a równocześnie historia morderstw lokalnych myśliwych, którzy giną w niewyjaśnionych okolicznościach w tej malutkiej, przygranicznej, wydawałoby się spokojnej osadzie. Kto za tym stoi, czy jak sugeruje nasza bohaterka i narratorka tej książki jest to zemsta za ich uczynki wobec zwierząt? A jeśli tak to czyja?

Niestety w trakcie lektury tej książki wcale nie czekałam z wypiekami na twarzy kiedy uzyskam odpowiedź na te pytania. Co gorsza od początku nie miałam wątpliwości, że taka właśnie ona będzie. Wydawca pisze o tej książce "Thriller moralny, który do ostatniej strony trzyma w napięciu". Nie wiem kogo, ale nie mnie. W zasadzie jest to ostatnia rzecz, jaką bym o tej książce napisała. Bo jest to książka po prostu nudna. Ze splotu przewidywalnych wydarzeń okraszonych banalnymi wynurzeniami bohaterki zamiast refleksji nad krzywdą, jaka dzieje się zwierzętom pozostało mi uczucie niedosytu. Czegoś czym ta książka mogłaby być, a czym nie jest.

Ktoś napisał na jakimś forum, że to grafomański zakalec. Może tak ostro bym nowej pozycji pani Olgi nie oceniła, ale szczerze pisząc, miałam nadzieję na coś zupełnie innego.

środa, 27 stycznia 2010

Millennium, czyli o moralności u Larssona

Stieg Larsson
Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet
Dziewczyna, która igrała z ogniem
Zamek z piasku, który runął

wydawnictwo Czarna Owca 2009

***

Tak jak obiecałam o trylogii "Millennium" słów kilka. Bardzo głośno jest ostatnimi czasy o książkach Larssona i zupełnie zasłużenie. Nie dziwi nic. Są to historie mocno trzymające w napięciu i ciężko się jest oderwać od nich, jeśli się je czytać zaczęło. Tak i ja jedną po drugiej - kilkuset stronicowe księgi pochłaniałam (mimo nie najbardziej komfortowych warunków do czytania). I wszystkie trzy wydały mi się równie dobre, choć spotkałam się w sieci z różnymi, skrajnymi opiniami, że trzecia najlepsza lub że najsłabsza. Pierwszy tom trylogii opowiada odrębną historię, zaś drugi i trzeci są jedną opowieścią, trzecia część jest kontynuacją drugiej.

Ale ani o fabule tych kryminałów, czy może thrillerów, ani o świetnie wykreowanej parze bohaterów (Lisbeth i Mikaelu) pisać nie będę. To jest pewne i kto jeszcze nie czytał koniecznie musi.

To czemu chcę poświęcić ten post to coś co w trakcie lektury jakoś mnie uderzyło, a co stanowi obyczajowe tło powieści szwedzkiego pisarza. Być może współczesny świat tak wygląda? Może tak jest w Szwecji, a może i u nas - tylko ja się tak skołtuniłam, że straciłam właściwą optykę? Ale wydaje mi się, że po przeczytaniu tych książek nie trudno odgadnąć ideologiczne zaplecze autora. I nie trzeba być bystrzakiem, żeby zauważyć, że w tych książkach istnieją jedynie silne kobiety (nie tylko psychicznie), niezależne, i wyzwolone seksualnie. Że całe zło świata to biali heteroseksualni mężczyźni, którzy raz bywają źli, raz sfrustrowani, a jeszcze innym razem kompletnie zidioceni.

(Nie jest moim zadaniem bronić facetów i nie planuję tego robić. Poza tym nie poczuwam się przedstawicielką jakiejś wyjątkowo słabszej płci.) Jednak sposób w jaki to wszystko jest pokazane u Larssona jest równie subtelny jak w socrealistycznych powieściach lub w poprawnych politycznie amerykańskich filmach. I podejście bohaterów do życia, do miłości, seksualności - jest co najmniej osobliwe. Zresztą podobne podejście można było zauważyć u bohaterów "Cząstek elementarnych". Z tym, że o ile tam doprowadzało to do kompletnej pustki moralnej i zagubienia tu jest pokazane jako coś zupełnie normalnego i naturalnego. Ale jak już wcześniej zauważyłam być może to ja się całkiem zdulszczyłam :).

No, ale niezależnie od tego aspektu książki gorąco polecam. Ja czekam na film na DVD, bo w kinach przynajmniej pierwszą część przegapiłam.




wtorek, 12 stycznia 2010

Polepiony

I tak się zebrać nie mogę już od tylu miesięcy, żeby coś napisać. Oczywiście wytłumaczeniem może być ten kilkunastogodzinny poród i te nieprzespane noce i to karmienie i pranie, zmywanie, prasowanie, gotowanie [fak (t)!]. Ale kończę właśnie trylogię Larssona (o której wszędzie głośno) - a każda z tych książek ma dobrych kilkaset stron. Wierzę, że jak tylko skończę to słów kilka uda mi się wrzucić.

***

A teraz coś co chodzi za mną ostatnio.

"(...) Jedna część zadowolona, z pokorą przyjmuje wszystkie zmiany, druga na to - pieprzę ja nie nadążam, wysiadam".

wtorek, 20 października 2009

Przemienienie

Przemienienie
Szczepan Twardoch
Wydawnictwo Dębogóra 2008

***

Po miesiącu nieobecności na blogu wracam z ostatnio przeczytaną książką, która zupełnie przypadkowo, acz dokładnie wkomponowuje się we wczorajszą rocznicę morderstwa księdza Jerzego Popiełuszki. Jest to sensacyjna powieść osadzona w realiach PRL'owskich służb bezpieczeństwa w latach osiemdziesiątych i najgeneralniej rzecz ujmując, dotyka problemu inwigilacji środowisk kościelnych przez ówczesną SB. Jak okazuje się w miarę rozwoju historii ta codzienna operacyjna praca agentów, mająca na celu rozpracowanie kleru za pomocą różnego rodzaju kompromatów zaczyna się mocno gmatwać i przeradzać w wielki ponadnarodowy...

Ale, ale - nie uprzedzajmy faktów i nie zdradzajmy zakończenia.

Bohaterem tej powieści jest młody, bardzo ambitny i lekko psychopatyczny oficer operacyjny Wydziału Czwartego Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Katowicach - Antoni Szarzyński. Wychowany w domu dziecka, otoczony dziwnego rodzaju opieką przez pewnego człowieka nazwiskiem Drzewiecki różni się od swoich wąsatych, grubych kolegów czytających "Sport" zza szarych "urzędniczych" biurek. Różni się nie tylko urodą - jest przystojny i wygląda na tle tej PRL'owskiej rzeczywistości jak bohater amerykańskiego filmu. Różni się przede wszystkim ambicją, wyjątkową bystrością, inteligencją i przynajmniej pozornym brakiem skrupułów. Jest bohaterem wybranym, takim trochę "nadagentem". Z tej racji Szarzyński trafia do wyjątkowej grupy wewnątrz SB.

Właściwą kanwą tej powieści stają się prawdziwe cele tej grupy, które odkrywamy wraz z głównym bohaterem. Od tego momentu historia, jak na sensację przystało coraz bardziej się komplikuje, odkrywa niespodziewane karty z przeszłości, a na koniec mocno zaskakuje. I nie byłabym szczera, gdybym napisała, że czytając nie byłam ciekawa zakończenia. Ale zakończenie mnie akurat zaskoczyło średnio satysfakcjonująco. Może nie należę do największych fanów różnego rodzaju spisków, a może po prostu były to zbyt "chłopackie" klimaty: metody działania służb, werbowanie współpracowników, pościgi samochodami, tortury, zabójstwa, jak na bloga z madame w tytule :).

Linki:
Szczepan Twardoch - blog
Powieść w Merlin.pl

piątek, 18 września 2009

MIŚ 2009 reż. jeden z warszawskich urzędów skarbowych

Ostatnimi czasy niestety zamilkłam. Jest to spowodowane natłokiem zdarzeń, sytuacji, niezbędnych spraw do załatwienia w tzw. realu.

***

Co prawda skończyłam niedawno czytać "Ulicę marzycieli" Roberta McLiama Willsona (powrót do lektury sprzed lat), obejrzałam bardzo wzruszającą biografię Christophera McCandless'a "Into the wild" oraz byłam w warszawskim studiu Film Farat na głośnej sztuce Krzysztofa Warlikowskiego "(A)pollonia" i naprawdę byłoby o czym pisać.

Tymczasem dzisiaj życie przerosło sztukę (tym razem tą kabaretową) i mam głęboką potrzebę podzielenia się pewną historią, jaka spotkała mnie w Urzędzie Skarbowym. Rzadko bywam w tym przybytku i może stąd moje zaskoczenie, tym co stało się moim udziałem.

"Nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi"

Dzisiaj rano poszłam po zaświadczenie o niezaleganiu z podatkami. Przed drzwiami byłam za dwadzieścia ósma, kolejkę zajęłam sobie pierwsza. Punkt ósma Pan Ochroniarz drzwi otworzył i szturmem ruszyłam do okienka nr 18. Przy okienku niestety Pani urzędniczki jeszcze nie było, więc stałam i cierpliwie czekałam. Tymczasem do okienka obok (zaświadczenia o dochodach) podeszła dziewczyna, wyjęła dowód i mówi "Ja przyszłam do zaświadczenie, miało być na dzisiaj". Urzędniczka spojrzała na nią "Jak na dzisiaj, to na pewno nie ma" - rzekła bez zająknięcia. "A kiedy Pani składała wniosek?" "W zeszły piątek" - dziewczyna była wyjątkowo pokorna, tym bardziej, że urząd ma 7 dni na wydanie takiego zaświadczenia, więc chyba miała prawo go otrzymać, a urząd obowiązek jej wydać. Nigdy nie wiadomo, czy nie przejechała po to pół miasta, albo musiała zwolnić się z pracy. "Nie, nie, na pewno nie ma, Pani przyjdzie we wtorek" - powiedziała Pani z okienka, a dziewczyna opuściła budynek Urzędu. Ja dalej stałam przy swoim pokornie, bo urzędniczka z mojego okienka wciąż się spóźniała. Pani od dochodów wstała, podeszła do pliku dokumentów leżących na szafce obok, zaczęła je przerzucać i mówi pod nosem "Pani X, Pani X (tu padało nazwisko dziewczyny, która dopiero co wyszła) - o jednak jest to zaświadczenie".
Nie mogłam w to uwierzyć, a Pani Urzędniczka nie widząc chyba zza lady mojego dość sporego brzucha, zwróciła się do mnie "Pani biegnie za tą Panią, powie jej żeby wróciła". Odpowiedziałam grzecznie, że niewskazane mi jest w stanie błogosławionym biegać. Na szczęście urzędniczka znalazła na wniosku numer komórki i zadzwoniła do Pani X, a ta zawróciła i zaświadczenie uzyskała.

Pani do mojego okienka też dotarła i wszystko skończyło się happy endem.

środa, 9 września 2009

Królowa Tiramisu

Królowa Tiramisu
Bohdan Sławiński, Warszawa 2009

***

W gronie siedmiu finalistów tegorocznej nagrody literackiej Nike znalazła się debiutancka powieść Bohdana Sławińskiego "Królowa Tiramisu". Z krótkich recenzji, jakie mogłam wyczytać na stronie Gazety Wyborczej opis tej książki na tyle mnie zaintrygował, że postanowiłam ją przeczytać.

Tematem tej powieści jest seksualność chłopca (mężczyzny) i jego pierwsza "erotyczna" fascynacja matką, a później już w wieku lat dwudziestukilku miłość do starszej kobiety. Nie jest to temat nowy dla literatury, ale w tej powieści bardzo oryginalnie ujęty. Gównie ze względu na materię językową i wielość znaczeń, jakie są tam zawarte. Powieść Sławińskiego jest bowiem swoistym strumieniem świadomości, gdzie rzeczywistość miesza się ze wspomnieniami, skojarzeniami i wyobrażeniami autora.

Bohater Piotr (lub Piotruś) dojrzewa w małym miasteczku. Słodkie, baśniowe dzieciństwo przerywa mu śmierć ojca i pojawienie się ojczyma - pierwszego rywala, który "odbiera mu" matkę. Później nasz bohater wyjeżdża do stolicy, aby studiować, robić doktorat, pracować. Tam spotyka kobietę - dużo starszą od niego, ale piękną i zadbaną mężatkę, która go pociąga, fascynuje, której pożąda. Kobietę, która bawi się jego uczuciem, a ich relacja nie przynosi mu ukojenia.

Jest to więc powieść zarówno o fascynacji, ale i o niemocy mężczyzny wobec świata kobiet (w tym kontekście bohater Sławińskiego przypomina mi bohatera z filmu The Wall by Pink Floyd).

W fabułę jako paralela do historii Piotra wpleciona jest baśń o Królowej Tiramisu, której królestwo najeżdża Król Żółci, Octu i Goryczy i o wygnanym królewiczu, który pragnie odzyskać ojcowiznę.

Ale właściwie cała ta powieść jest baśnią - współczesną baśnią pełną symboli i archetypów: począwszy od dzieciństwa, symbolu matki i ojca, przemijania i śmierci, symbolu arkadyjskiej natury i bezimiennego miasta, aż po symbol kobiety fatalnej. Język tej powieści to właściwie język poezji, w jej leśmianowskim klimacie. W końcu autor przed napisaniem tej powieści tworzył głównie poezję.

I troszkę tak jak poezja nie jest dla wszystkich, tak i ta powieść może znaleźć wielu przeciwników (znalazłam opinie na jakimś forum, że manieryczna... )
Język jest na tyle gęsty, że trzeba się przez niego przebijać i czytać powoli, kilkakrotnie, szukając ukrytych znaczeń. Rozumiem, że może się komuś po prostu nie chcieć. Ale mi wydaję się, że warto.



A tu taki bardzo leśmianowski fragment:

"Budzę się, szumi deszcz, ziemia pachnie, Julia jeszcze śpi, szczelnie okrywam ja kocem, słucham seplenienia wody, młynów zaokiennej modlitwy. Słyszę w deszczu litanie moje babci, zdrowaś chlupie po kamieniach, szeleszczy po trawach, w źdźbłach, ojcze nasz wlewa się do nor myszy. Pod palcami czuję Julię, jest miękka i ciepła, potem ścianę, okno, dotykam deszczu. Pachnie ziemia i pelargonie, idę przez ogród, ostrożnie, jak kot w mokrej trawie, łapka za łapką, dalej przez łąki, boso, przemoczony, drżący, łąki są soczyście zielone, ja ledwie odrosłem od ziemi, przez zboża, one się chylą, wraz z wiatrem, dochodzę do figurki - madonna ma twarz mojej babci, uśmiecha się, cała z dobroci i zmarszczek, pokazuje mi drogę do domu. (...)"

Linki:
http://bohdanslawinski.blogspot.com/
http://wyborcza.pl/0,81826.html

piątek, 4 września 2009

Warszawski wrzesień na deskach teatru (cz. 2)

CD... wirtualnej podróży po warszawskich teatrach

***

W teatrze Kwadrat francuska komedia "Co ja panu zrobiłem, Pignon?" z Pawłem Wawrzeckim, Grzegorzem Wonsem, Andrzejem Grabarczykiem. W pewnym mieście spotyka się dwóch mężczyzn: zawodowy fotograf i zawodowy morderca. Francois Pignon to jak możemy wyczytać na stronach teatru "ulubiony bohater Vebera, współczesny everyman, dobry i uczciwy człowiek rzucony na głębokie wody okrutnej cywilizacji konsumpcyjnej". Co z tego spotkania wyniknie? Można sprawdzić na Czackiego od 15-tego do 20-tego września.

http://www.teatrkwadrat.pl/index.php?action=spektakle&action_id=32

W Teatrze Bajka we wrześniu premiera sztuki Antoniego Cwojdzińskiego "Hipnoza" (nie mylić z tą do niedawna graną w Teatrze Polonia). Na deskach teatru dwoje bardzo popularnych aktorów Beata Ścibakówna i Rafał Królikowski w roli pacjentki i lekarza - hipnotyzera. Spektakl wyreżyserował Wojciech Malajkat.

Natomiast 25 i 26 września (mająca premierę w ubiegłym roku) niemiecka tragikomedia "Ucho van Gogha". Historia dwojga nieszczęśliwie zakochanych czterdziestolatków. Na scenie niesamowite trio: Michał Żebrowski, Jolanta Fraszyńska i Piotr Machalica.

http://www.teatrbajka.pl/repertuar/hipnoza
http://www.teatrbajka.pl/repertuar/ucho_van_gogha

W weekend 11-13 września w niedawno otwartym teatrze Emiliana Kamińskiego "Kamienica" prapremiera sztuki Jakuba Przebindowskiego "Botox". Jak mówią jej twórcy, rzecz będzie o coraz popularniejszym w naszej cywilizacji kulcie ciała, młodości i wierze, że jedynie wygląd ciała ma wpływ na nasze samopoczucie i samoocenę. Kto chce zobaczyć klinikę chirurgii plastycznej od wewnątrz, a także twórców tej sztuki na deskach teatru (m.in. autora Jakuba Przebindowskiego z żoną Martyną Kliszewską) niech już dziś kupuje bilety.



http://teatrkamienica.pl/?page=1&newsid=38

Wygląda na to, że pod koniec września (29 i 30.09) warto wybrać się na Żoliborz do Teatru Komedia. Będzie wtedy grany spektakl hiszpańskiego dramaturga Jordiego Galcerana pt "Metoda". Rzecz ma się o współczesnym świecie korporacji, o konformizmie, pędzie do sukcesu za wszelką cenę. W zamkniętym pomieszczeniu cztery osoby są poddane testom, mającym na celu wyselekcjonowanie metodą "doboru naturalnego" najlepszych pracowników. Na deskach teatru zobaczymy Marię Seweryn, Tomasza Karolaka, Rafała Mohra i Łukasza Simlata.

http://www.teatrkomedia.pl/?nodeid=353

czwartek, 3 września 2009

Warszawski wrzesień na deskach teatru (cz. 1)

Ponieważ nie wiadomo, czy uda mi się, a jeśli tak to ile razy odwiedzić tej jesieni warszawskie teatry, postanowiłam przynajmniej wirtualnie zrobić przegląd ciekawych przedstawień. Sezon zaczął się na całego i na pewno wiele przedstawień wartych jest obejrzenia.

***

Ja zaczynam od spektaklu Krzysztofa Warlikowskiego "A(polonia)", który miał swoją premierę w maju tego roku i był wystawiany na Międzynarodowym Festiwalu Teatralnych w Awinionie. Spektakl o ofiarowaniu, o sensie poświęcenia ze wspaniała obsadą aktorską: Magdaleną Cielecką, Ewą Dałkowską, Mają Ostaszewską, Maciejem Stuhrem, Andrzejem Chyrą itp. Tym razem grany od środy 9.09 do niedzieli 13.09 w Farat Film Studio w warszawskich Włochach przy ul. Noteckiej 22.

http://www.nowyteatr.org/#/pl/appolonia/apollonia_spektakl



W ten sam weekend (11-13.09) ciekawą sztukę prezentuje Teatr Współczesny. Przedstawienie do tekstu Braci Presniakow pt "Udając ofiarę". Jest to współczesna sztuka rosyjska (bądź co bądź we Współczesnym musi taka być :)) o trzydziestoletnim absolwencie filozofii Wali, który grywa w milicyjnych rekonstrukcjach. W tej roli Borys Szyc. W pozostałych rolach Sławomir Orzechowski, Janusz Nowicki, Stanisława Celińska.

http://www.wspolczesny.pl/teatr/rep/of.html

13 września w Teatrze Rozmaitości odbędzie się próba otwarta sztuki "Solaris. Raport", której premiera przygotowywana jest na 2 października. Jest to adaptacja głośnej powieści Stanisława Lema, którą można było dwukrotnie oglądać na wielkim ekranie. Na pewno warto zobaczyć w jaki sposób reżyserująca przedstawienie Natalia Korczakowska poradzi sobie z trudną materią powieści science-fiction o planecie pokrytej "inteligentną" plazmą, oceanem mogącym przetwarzać i materializować ludzkie myśli i wspomnienia.

http://www.trwarszawa.pl/wydarzenia/solaris

Od 19 września wraca po przerwie wakacyjnej do Teatru Roma "Upiór w operze" (ten musical udało mi się akurat zobaczyć w poprzednim sezonie). Grany będzie bez przerwy przynajmniej do końca października. Jest to opowieść o zdeformowanym fizycznie, acz genialnym kompozytorze mieszkającym w podziemiach opery i jego nieszczęśliwej miłości do młodej sopranistki. Romans, wspaniała inscenizacja i grana na żywo piękna muzyka Andrew Lloyd Webbera z pewnością znowu przyciągną do Romy wielu widzów.

http://www.teatrroma.pl/



CDN...

poniedziałek, 31 sierpnia 2009

Szpieg w Jałcie

Szpieg w Jałcie,
Michael Dobbs, Warszawa 2008 r.

***

Ponieważ jutro mija 70 rocznica wybuchu II Wojny Światowej postanowiłam również na moim blogu poszukać ciekawych literackich nawiązań do tego najważniejszego w XX wieku wydarzenia. Oczywiście w mediach nie milkną komentarze dotyczące sporów o naszą (już nie taką najnowszą) historię i tego, co może się wydarzyć podczas jutrzejszych obchodów. Tymczasem myśląc o tym jaką ciekawą książkę, mogłabym polecić w temacie wojny przypomniałam sobie bardzo interesującą powieść, którą przeczytałam w ubiegłym roku po recenzji w Rzepie.

Jest to książka zafascynowanego historią angielskiego pisarza - Michaela Dobbsa pt. "Szpieg w Jałcie". Co do samego tytułu to jest on wariacją polskiego tłumacza i nie ma zbyt wiele wspólnego z oryginałem. Po lekturze tej powieści zastanowiło mnie skąd w zasadzie wziął się tam ten "szpieg" i dlatego sięgnęłam po tytuł oryginału. Brzmiał on "Churchill's Triumph". Rozumiem, że polski wydawca miał nadzieję, że szpieg zawsze nada jakiegoś kryminalnego kolorytu i może skusi się także na tę powieść ktoś zainteresowany bardziej literaturą sensacyjną, niż historyczną.

Tymczasem powieść Dobbsa w bardzo realistyczny sposób oddaje atmosferę i realia wydarzeń, które miały miejsce w Jałcie 4 lutego 1945 r. W dniu, kiedy trzech wielkich polityków, trzech najpotężniejszych ludzi na świecie spotyka się w tej miejscowości na Półwyspie Krymskim, aby ustalić szczegóły pokoju i stworzyć nowy podział świata, który trwać miał prawie pięćdziesiąt lat. Na tle tej tworzącej się historii świata pojawia się postać zwykłego człowieka - Polaka. Postanawia on wykorzystać swoją ostatnią szansę, aby powrócić do Warszawy i odnaleźć zaginioną w ruinach córeczkę.

Bardzo ciekawie został ten fikcyjny wątek wpleciony w historyczne wydarzenia. Co ciekawe, autor nie będąc Polakiem, tak trafnie umiał ukazać polski wymiar jałtańskich wydarzeń. Bohaterami tej książki są więc oczywiście Churchill i sprawa polska.

Nie jest to może temat wybuchu tej wojny, a raczej jej końca, ale i tak warto dzisiaj sięgnąć po tę książkę w kontekście obecnych komentarzy i dyskusji.



A jeśli komuś nie chce się czytać tych 360 stron zawsze może sobie przypomnieć, jak o konferencji śpiewał Jacek Kaczmarski.

czwartek, 27 sierpnia 2009

Eduardo Mendoza i jego szalona proza :P

Proza Eduardo Mendozy

Oliwkowy labirynt (wyd. Znak, 2009)
Przygoda fryzjera damskiego (wyd. Znak, 2009)
Sekret hiszpańskiej pensjonarki (wyd. Znak 2009)

***

Sierpień nieubłagalnie dobiega końca, a wraz z nim wakacje. Pójdą dzieciaki do szkół, przedszkoli i znowu wszyscy zaśpiewamy kultową piosenkę Tymona "Mam znowu doła... "

Tymczasem ostatnią lekturą jaką udało mi się skończyć w te wakacje anno domini 2009 była ostatnia część trylogii Eduardo Mendozy "Oliwkowy labirynt". Zaczęłam od "Sekretu hiszpańskiej pensjonarki", potem była "Przygoda fryzjera damskiego" i na koniec właśnie "Oliwkowy labirynt".

Wszystkie trzy powieści łączy postać głównego bohatera - szalonego detektywa, który aby rozwiązywać największe kryminalne zagadki współczesnej Barcelony musi opuścić swoje codzienne zaciszne mieszkanko w domu wariatów. Jeśli ktoś oczekuje kryminału w jego klasycznej odmianie będzie zawiedziony. Owszem akcja płynie dość wartko (nie sposób się nudzić), co chwila następuje zupełnie niespodziewany zwrot wydarzeń, a i rozwiązanie zagadki bywa jak to w kryminałach dość niespodziewane, choć logiczne. Ale to wszystko nie jest typową powieścią kryminalno-przygodową, głównie dlatego, że w zasadzie prozą Mendozy niepodzielnie rządzi absurd. Już sam bohater nie jest typowym detektywem, a cała plejada, spotykanych przez niego na drodze do rozwiązania zagadek postaci, to jeszcze większe dziwadła. A zdarzenia w jakich uczestniczą też nie należą do najbardziej prawdopodobnych. Z obwoluty jednej z powieści "tak rozpoczyna się powieść obfitująca w nieoczekiwane zwroty akcji, pościgi, śledztwa, przebieranki, gagi i szlone qui pro quo". Jeśli ktoś lubi klimaty Monty Pythona będzie zachwycony. Pewnie dlatego wydawcy nazywają powieści hiszpańskiego pisarza "latający cyrk" Eduardo Mendozy.

Ja spotkałam zarówno zakochanych w jego powieściach, jak i takich, których ciężki język (to może też być kwestia tłumaczenia) i gęstość jego prozy zniechęciła do czytania.





***

A oto przedsmak. Mój ulubiony fragment z "Przygody fryzjera damskiego", gdzie nasz detektyw rozmawia właśnie z nikim innym jak samym prezydentem Barcelony:

"... Zapraszam pana na cappuccino.

Zgodziłem się zachwycony. Pan prezydent i ja poszliśmy do baru i usiedliśmy przy stoliku w głęci, by móc rozmawiać spokojnie, poza zasięgiem wzroku przechodniów, podczas gdy pracowita ekipa telewizyjna i prezydencki orszak trwonili fundusze publiczne w paszczach jednorękich bandytów. Pan prezydent zamówił dla siebie cappuccino, a dla mnie nic i powiedział:

- Kampania wyborcza, zbyteczne, by o tym mówić, rozwija się wyśmienicie: jak podają sondaże, jeśli uda mi się nieco zwiększyć absencję, zostanę wybrany głosem własnym i mojej żony. Ale pewna chmura mąci ten piękny obraz. Wybaczy mi pan ten górnolotny język wieców - chcę powiedzieć, że sprawa Pardalota może negatywnie wpłynąć na mój wizerunek.

- Czyżby miał pan z nią coś wspólnego - zapytałem.

- Człowieku, trochę tak. Nie jesteśmy już na wizji, więc mogę to panu powiedzieć - odparł pan prezydent. - Otóż lata temu, zanim jeszcze oddałem się całym ciałem polityce, Pardalot i ja prowadziliśmy pewne bardzo owocne interesy. Wiołałbym, żeby nie wyszły teraz na światło dzienne. Po owych interesach pozostały dokumenty, których nie nazwałbym kompromitującymi, lecz... nieco kłopotliwymi. Wspomniane dokumenty znajdowały się w rękach Pardalota, który, trzeba mu to przyznać, nigdy nie uczynił z nich, ani nie zagroził, że uczyni, złego użytku, za życia ani po śmierci. Rozumie pan? A teraz kolej na najsmakowitszą część opowieści. Kilka dni temu, około północy, pracowałem w urzędzie miasta nad miejskimi sprawami, kiedy zadzwonił tajemniczy telefon. Telefonistka połączyła go z moim sekretarzem, ten ze mną, a wówczas usłyszałem dziwny głos, zapewne zniekształcony przez chusteczkę, który mówił: przepraszam, panie prezydencie, ale zepsuł się ekspres do kawy.

- Nie, człowieku, to powiedział panu właśnie kelner - zauważyłem.

- Rzeczywiście. Często mieszają mi się różne rzeczy. To znane zjawisko parapsychologiczne. Na czym to stanęliśmy?

- Na telefonie, głosie i chusteczce."

Linki:

http://merlin.pl/Eduardo-Mendoza_Eduardo-Mendoza/browse/search/1.html?offer=O&sort=rank&person=Eduardo+Mendoza&phrase=Eduardo+Mendoza
http://pl.wikipedia.org/wiki/Eduardo_Mendoza

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Załoga G

Załoga G
film USA reż. Hoyt Yeatman, rok 2009

***

Niedziela w mieście. Postanowiliśmy więc pójść do kina z naszą pięciolatką. Wybór padł na "Załogę G" w 3D i dzielnie poszłam mimo przeczytania dość niepochlebnych recenzji na Filmwebie. Jeżeli epitety "istna męczarnia", "żal i cierpienie", "podwójna porażka" etc. można nazwać dość niepochlebnymi.

No cóż. Polecić tego też bym raczej nie poleciła. W ogóle mam wrażenie, że za dużo jest obecnie w kinie dla dzieci filmów o zwierzętach, ze zwierzętami itp. Niby to takie wprost z Ezopa, La fontaine'a albo przynajmniej z naszego poczciwego Krasickiego, ale mogliby scenarzyści z Hollywood się wysilić na coś co nie ma przesłania "Kochaj wszystkie mrówki, mamuty, wiewióry, leniwce, osły, nie wspominając o poczciwych psach i kotach". Nie żebym miała cokolwiek do czworonogów (albo niezależnie ile nogów). Ot po prostu wydaje mi się to już nużące.

A co dopiero jeśli tym razem rzecz ma się o świnkach morskich ratujących świat przed zagładą. Nie mam siły opisywać o co chodziło konkretnie, bo to naprawdę pomysł tak dziwacznie kuriozalny - gryzonie w FBI walczące ze sprzętem AGD (halo! nie żartuję :), a jednocześnie fabuła ciężka i nudna. A przesłanie o miłości dotyczy tym razem kretów. I to w zasadzie, że nie tylko ludzie mają kochać krety, ale krety też powinny kochać ludzi. Właśnie, hmmm..

Moje dziecko obeznane trochę w kwestii wywiadu i super gadżetów dzięki "Odlotowym agentkom" aż tak bardzo rozczarowane jak my nie było, ale coś czuję, że na długo jej to w pamięć nie zapadło. Efekty 3D fajne, chociaż będąc po raz pierwszy w okularkach na filmie długometrażowym okazało się to dla mnie męczące.



No i poza tym bilety straszliwie drogie. Wydaliśmy na tą "rozrywkę" zdecydowanie za dużo.

Ale przy okazji, jako że nie obeszło się bez popcornu :) przypomniała mi się piosenka, którą niegdyś śpiewała Grupa Rafała Kmity. Oto i ona:

piątek, 21 sierpnia 2009

"Nie ma złych, są tylko uwikłani"

Uwikłanie
Zygmunt Miłoszewski


***

Znalazłam gdzieś w internecie informacje, że prawa do adaptacji filmowej tej powieści kupił Juliusz Machulski. Bardzo jestem ciekawa, czy zrobi ten film, a jeśli to jak go zrobi. Bo powieść Zygmunta Miłoszewskiego, druga po debiutanckim Domofonie (nie czytałam) jest wciągająca, mocno współczesna i idealnie nadająca się na opowieść filmową.

Druga moja lektura urlopowa po Zadie Smith, pochłonięta przeze mnie równie szybko i mimo ogromnych różnic pomiędzy tymi dwiema książkami - mająca pewien wspólny wątek. Wątek kryzysu wieku średniego u facetów i poszukiwania jakiejś odskoczni od małżeńskiej rutyny. Być może, że oczekując potomka jakoś się na te sprawy bardziej uwrażliwiłam i atawistyczna wręcz potrzeba utrzymania gniazda, stada, czy jak to się tam w świecie naszych przyjaciół zwierząt nazywa spowodowała, że właśnie te elementy najmocniej skupiły w obu książkach moją uwagę i nie da się ukryć wywołały złość :)



Ale powieść Miłoszewskiego to nie romans, a kryminał. Akcja rozpoczyna się, gdy w klasztorze przy Łazienkowskiej w trakcie sesji terapeutycznej opartej na metodzie rodzinnych ustawień Berta Hellingera zostaje zamordowany mężczyzna. Śledztwo prowadzi młody (no... raczej w wieku średnim), przystojny i elegancki (choć zupełnie siwy) prokurator Teodor Szacki. Co nietypowe w kryminałach, albo ja się po raz pierwszy z tym spotykam śledztwo nie jest prowadzone przez policjanta, a właśnie przez prokuratora. Drugoplanowo pojawia się postać współpracującego przy śledztwie i wzbudzającego moją ogromną sympatię komisarza - Olega Kuzniecowa. Obaj panowie szukają rozwiązania zagadki morderstwa za trop mając przeszłość zamordowanego, odgrywaną przez uczestników w trakcie terapii. Oczywiście nie ujawnię jak w kultowym Alternatywy 4, że modercą okazał się ....

Napiszę natomiast, że bardzo ciekawe było oparcie całej intrygi o metodę psychoterapii Hellingera, a także osadzenie akcji we współczesnej Warszawie. To pierwsze pozwala przypatrzeć się trochę bliżej tej kontrowersyjnej i dość popularnej ostatnio formie leczenia różnego rodzaju zaburzeń. To drugie daje poczucie realności, wręcz dokumentalnej relacji, jakby wydarzenia z powieści działy się naprawdę. Służy temu rozpoczynanie każdego rozdziału datą i opisem wydarzeń tego dnia z kraju i ze świata, a także wplecenie w akcję powieści prawdziwego wydarzenia, jakim było śmiertelne porażenie piorunem kobiety w Warszawie. Warszawa z jej uliczkami, blokami, restauracjami i budkami z kebabami jest w tej powieści zresztą kolejną bohaterką. Może stąd właśnie częste porównania Miłoszewskiego do Tyrmanda.

Żeby dodatkowo zachęcić tych, którzy nie czytali, napiszę, że powieść ta dotyka również problematyki niechlubnej historii służb specjalnych PRL-u. Co do samego rozwiązania zagadki zgadzam się z jednym z forumowiczów na merlin.pl, że "finał powieści ani nie zaskakuje ani nie "zniesmacza". Z niecierpliwością czekać będę na film jeśli takowy powstanie.

Kto będzie przystojniakiem Szackim? Raczej nie Tomek Karolak :)!


Linki:

http://www.portalkryminalny.pl/content/view/182/38/
http://merlin.pl/Uwiklanie_Zygmunt-Miloszewski_recenzja/review/product/reviews/1,502116.html
http://www.granice.pl/recenzja.php?id=5&id3=628


O Hellingerze:

http://pl.wikipedia.org/wiki/Bert_Hellinger

środa, 19 sierpnia 2009

O pięknie

Zadie Smith, O pięknie - transatlantycka saga komiczna

Bardzo długo nie mogłam przemóc się, żeby przeczytać tę prawie sześciuset stronicową książkę. Czasem (może nawet dość często) tak jest, że zaczyna się czytać i jakoś po prostu nie idzie… Dziesięć stron, pięćdziesiąt, sto... A dni mijają.

W końcu jednak podczas lipcowego pobytu we Wrocławiu wciągnęła (może nawet wkręciła) mnie ta historia dwóch rodzin, ich perypetie i przygody – tak bogato odmalowane w tej trzeciej powieści angielskiej czarnoskórej pisarki.

Rzecz dzieje się w Ameryce, w środowisku akademickim, gdzie ideologiczne boje toczy dwóch profesorów, historyków sztuki, specjalistów od Rembrandta – liberał Anglik Howard Belsey i konserwatywny Afroamerykanin Monty Kipps.

Strona po stronie poznajemy codzienne życie ich i ich rodzin – problemy na uczelni, kłopoty małżeńskie, życiowe perypetie wchodzących w dorosłość dzieci. Wiele istotnych problemów współczesności porusza ta powieść. Znajdziemy tu odwieczny temat literatury: miłość, zazdrość i wierność – ważne zarówno dla młodszego, jak i starszego pokolenia bohaterów powieści. Znajdziemy problemy społeczne i rasowe: sytuację czarnoskórych – i tych wykształconych pracowników uczelni i tych najbiedniejszych, ulicznych sprzedawców i hip-hopowych MC'.

Nie ma tu zbędnego umoralniania, bohaterowie niezależnie od światopoglądu na równi popełniają błędy i na równi poszukują tytułowego piękna. Zdecydowanie czuć, że autorką tej powieści jest kobieta, choć nie jest to apel feministyczny. Była to jedna z tych książek ostatnio przeze mnie przeczytanych (podobnie jak Dom ciszy Orhana Pamuka) po których musiałam zrobić sobie przerwę, żeby przetrawić jej smak i sens.



"Uśmiechnęli się do siebie, przelotnie. Potem Victoria jakby przypomniała sobie, gdzie jest i dlaczego - twarz jej się ściągnęła, usta zacisnęły i aż zadrżały od wysiłku, z jakim powstrzymywała się od płaczu. Howard wyprostował się i wydmuchiwał dym w regularnych odstępach czasu. Przez chwilę nie odzywali się do siebie.
- Kiki - odezwała się nagle Victoria. Jakie to straszne uczucie, kiedy człowiek słyszy imię ukochanej osoby w ustach kogoś, z kim zamierza ją zdradzić! - Kiki - powtórzyła Victoria - Twoja żona. Jest niesamowita. Jej powierzchowność. Jak królowa. Wygląda władczo.
- Jak królowa?
- Jest bardzo piękna - powiedziała Victoria, zniecierpliwiona, jakby Howard był szczególnie ślepy na oczywistą prawdę. - Jak afrykańska królowa.
Howard zaciągnął się głęboko końcówką papierosa.
- Obawiam się, że nie byłaby Ci wdzięczna za takie określenie.
- Za piękną?
Howard wypuścił dym.
- Nie, za afrykańską królową.
- Dlaczego?
- Myślę, że uznałaby to za protekcjonalne, nie mówiąc już, że niezgodne z rzeczywistością. Słuchaj Victorio...
- Vee. Ile razy mam ci mówić!
- Vee, ja już sobie pójdę - powiedział, ale nie ruszył się z miejsca. Nie sądzę, żebym mógł ci dzisiaj pomóc. Myślę, że troszeczkę za dużo wypiłaś i jesteś pod silnym emocjonalnym..."

Linki:

http://www.biblionetka.pl/book.aspx?id=67543
http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,616,tytul,O%20pi%C4%99knie?gclid=CJvWlb2Yr5wCFYwVzAody0L2jQ

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

Mikrobloging Matki Polki

BLIIMP
(Bardzo Lubie Informować Inne Matki Polki... choć one to wszystko dobrze znają)


Bohaterowie:

Asia, lat 34 na razie w domu
Everyman - chodzi do pracy i przychodzi z pracy
Maks, 2 lata 11 miesięcy
Zuzia 1 rok, 6 miesięcy

Didaskalia

mieszkanie w bloku, powiedzmy 57 metrów
data: Dzień Świstaka

6:30 Zuzia chce jeść. Idę zrobić jej kaszkę, chce mi się spać.
7:00 Zjadłyśmy, Everyman siedzi w wannie. Od 15 minut.
7:45 Everyman poszedł do pracy.
8:00 Maks wstał, chce oglądać piosenki na VH1.
8:15 Zuzia płacze, nie lubi "Czy ktoś widział dziubdziuba".
8:20 Maks przyleciał do mnie do komputera, Zuzia przeszkadza mu oglądać VH1.
8:40 Maks płacze, nie chce koszulki z Bobem Budowniczym, chce z Batmanem.
9:00 Nastawiłam pranie, dzieci są chwile cicho. RAJ! Chce mi się spać.
9:45 Odkurzam. Wywaliło korki - na raz włączony komputer, pralka, TV i nieszczęsny odkurzacz.
9:50 Dzwoniłam do Everymana, chyba wywaliło na klatce.
9:58 Sytuacja zażegnana. Odkurzam dalej. Maks płacze, dlaczego Batman nie jest zły.
10:45 Próbuję pobawić się z dziećmi w lustro. Maks płacze, że to głupia zabawa. Kopnął Zuzię.
10:46 Chce mi się spać.
12:00 Obiad mam na szczęście wczorajszy. Ogrzewam dzieciom zupę.
12:15 Zuzia zjadła połowę. Maks je sam, wylał zupę na stół i na koszulkę z Batmanem.
13:00 Czas spać, płaczą oboje. Ja przez moment zasnęłam.
13:30 Najdłuższe pół godziny mojego dnia - usypianie dzieciaków.
13:35 Jestem taflą jeziora na kwiecie lotosu.
14:00 Dzieci śpią. Słucham Debuss'ego, czytam "Cząstki elementarne".
14:05 Kocham moje dzieciaki. Powieść Houellebecq'a wstrząsająca.
14:06 Zuzia się obudziła. Płacze! Cholera, zaraz obudzi i tamtego.
14:15 Zasnęła. Ja zaraz też zasnę.
16:00 Maks wstał, chce grać na komputerze. Ja piszę bloga.
16:15 Maks pyta "Czy długo jeście będziesz tak pisała?"
16:15:16 Maks pyta "Długo jeście?"
16:15:18 Maks pyta "Juś?"
16:15:20 Maks śpiewa "Juś? JUś? Juś? Nakrzyczałam na niego.
17:20 Everyman wraca z pracy. Jadł na mieście. Nie muszę na szczęście robić mu jedzenia.
18:00 Czas wolny: dzieci leżą na podłodze i się nudzą, ja próbuję czytać, Everyman siedzi przy kompie.
19:00 Dobranocka: Strażak Sam, Zuzia płacze, że nie lubi.
19:30 Proszę Everymana pięć razy, żeby pomógł mi wykąpać dzieci. "Zaraz"
20:00 Kocham moje dzieci. Dzieci w ręczniczkach, czyściutkie, śliczne, uczesane.
20:15 Maks stanął na ręce Zuzi. Zuzia wyje. Zaraz sąsiedzi wezwą policję.
20:40 Czytam dzieciom książeczkę. Chce mi się spać, Everyman siedzi przy komputerze.
21:20 Oglądam Magazyn 24. Chyba zasypiam.
00:30 Przebudziłam się, Everyman siedzi przy kompie. Telewizor gra. Idę się umyć.
03:45 Maks przyszedł do nas do łóżka. Everyman już śpi.
05:05 Przyszła Zuzia, chce jeść. Jeszcze godzina - krzyczę!

Znalezione w sieci:



Do napisania tego zachęciła mnie wizyta u mojej bliskiej przyjaciółki i wiele przemyśleń, przede wszystkim wizji, które nawiedzają mnie przed urodzeniem drugiego dziecka.
Całusy dla męża, który mi bardzo pomaga!

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób i zdarzeń wysoce prawdopodobne.

czwartek, 13 sierpnia 2009

Bóg - Woody Allen

Bóg, Woody Allen reż. Krystyna Janda
11. 08.2009 r. Teatr Polonia

***

Wczoraj był jakiś sądny dzień. Mimo, że byłam na świeżo po widowisku nie mogłam zebrać myśli i napisać kilku przemyśleń. Zostawiłam to sobie na później, a dzisiaj kto wie - już może zawieść mnie pamięć :)

***

Generalnie było śmiesznie. Sama akcja dramatu (jeśli w przypadku tej sztuki można używać słowa akcja) dzieje się w starożytnej Grecji, gdzie dwóch Ateńczyków (Kretynik w tej roli Maria Seweryn - troszkę odwrotnie niż w teatrze starożytnym i Schizokrates - bardzo zabawny Cezary Żak) przygotowuje tekst dramatu na konkurs i rozmyśla nad jego zakończeniem. Nie jest to proste być dramatopisarzem i wymyślanie zakończenia też nie okazuje się łatwe. Tym bardziej, że za moment przestają być pewni, czy są twórcami dramatu, czy aktorami innej sztuki, tej granej tutaj w Teatrze Polonia. Z pomocą przychodzi im jeden z "widzów" - konkretnie kobieta - niejaka Doris Józiuczuk z Białegostoku.

Trudno streścić tutaj co działo się na scenie dalej, ponieważ Allen w zasadzie tak zamieszał akcją, że "nie wiadome miało być" już co jest sztuką, a co jej odbiorem. Co jest fikcją, a co rzeczywistością, kto jest widzem, kto aktorem, czy faktycznie to sztuka w Teatrze Polonia i czy to wszystko dzieje się naprawdę?

W zasadzie wiele z tych rzeczy już w teatrze było, jak choćby w sztuce (z '21 roku) "Sześć postaci scenicznych w poszukiwaniu autora" Luigi Pirandello albo u Ionesco, czy naszego Mrożka. Ale nie oznacza to też, że dzieło Allena nie było ciekawe.

Dobrze zagrane, poza wspomnianymi już aktorami świetne chłopaki z Teatru Montownia jako grecki chór, a Rafał Rutkowski dodatkowo jako Zeus przybywający dzięki Deus ex machina - przekomiczny. Doris - zaciągająca po podlasku nimfomanka też niczego sobie. No i z innych ciekawostek prawdziwy głos Woodego, nagrany specjalnie dla polskiej wersji przedstawienia oraz ciekawa, trafna adaptacja do realiów naszej rzeczywistości czynią tę sztukę dodatkowo barwniejszą.

Co do tytułowego Boga to jest podobnie jak z całą resztą. Raz dowiadujemy się, że jest - tę wiadomość przynosi Edypowi niewolnik grany przez Kretynika, granego przez Marię Sewryn :), a raz od kuriera na hulajnodze, że jednak umarł i wszyscy jesteśmy zdani na siebie. Czy Bóg jest, a jeśli tak to jaki - zobaczą na końcu Ci, którzy się na Allena skuszą. Bo w końcu jakieś zakończenie jest. A może jednak nie? :)

Można oczywiście byłoby znaleźć też kilka niedociągnięć, momentów kiedy było mniej śmiesznie, ale ogólnie wieczór uważam za udany i sztukę polecam. Będą jeszcze chyba grali.



Linki:
http://www.teatrpolonia.pl/spektakl-bog
http://pl.wikiquote.org/wiki/Woody_Allen

środa, 12 sierpnia 2009

Skazany na bluesa

Wczoraj w godzinach późno wieczornych (że to nikogo nie dziwi) program drugi TVP pokazał film Jana Kidawy-Błońskiego "Skazany na bluesa". Film o historii życia, twórczości i straszliwym nałogu Ryszarda Riedla - legendarnego wokalisty zespołu Dżem. 30 lipca minęła 15 rocznica jego śmierci. Swoją drogą już piętnasta, a ja tak bardzo dobrze ją pamiętam.



Zasypiając po tym dość ciężkim filmie pomyślałam sobie jakie to szczęście, że ja jednak nie jestem skazana na bluesa. Dzięki Bogu!

PS. A propos Boga następny wpis będzie o sztuce Woodego Allena "Bóg" na której byłam wczoraj w Teatrze Polonia (jakoś tak wyszło monotematycznie z tym Allenem i Polonią). Muszę tylko zebrać myśli, a dzisiejszy dzień mi tego nie ułatwia.

wtorek, 11 sierpnia 2009

A ludzie mówią i mówią uczenie...

Z tvn24.pl: Najbliższe trzy noce warto spędzić inaczej niż we własnym łóżku. Lepiej zabrać karimatę i śpiwór i na własne oczy zobaczyć deszcz perseidów. Największe natężenie "spadających gwiazd" spodziewane jest w środę. więcej

Czekając na to widowisko warto przypomnieć sobie piękny utwór jednego z naszych Wieszczów.

Cyprian Kamil Norwid
W Weronie

Nad Kapuletich i Montekich domem,
Spłukane deszczem, poruszone gromem,
Łagodne oko błękitu.

Patrzy na gruzy nieprzyjaznych grodów,
Na rozwalone bramy do ogrodów --
I gwiazdę zrzuca ze szczytu;

Cyprysy mówią, że to dla Julietty,
Że dla Romea -- ta łza znad planety
Spada... i groby przecieka;

A ludzie mówią, i mówią uczenie,
Że to nie łzy są, ale że kamienie,
I -- że nikt na nie... nie czeka!


http://pl.wikipedia.org/wiki/Perseidy