Przemienienie
Szczepan Twardoch
Wydawnictwo Dębogóra 2008
***
Po miesiącu nieobecności na blogu wracam z ostatnio przeczytaną książką, która zupełnie przypadkowo, acz dokładnie wkomponowuje się we wczorajszą rocznicę morderstwa księdza Jerzego Popiełuszki. Jest to sensacyjna powieść osadzona w realiach PRL'owskich służb bezpieczeństwa w latach osiemdziesiątych i najgeneralniej rzecz ujmując, dotyka problemu inwigilacji środowisk kościelnych przez ówczesną SB. Jak okazuje się w miarę rozwoju historii ta codzienna operacyjna praca agentów, mająca na celu rozpracowanie kleru za pomocą różnego rodzaju kompromatów zaczyna się mocno gmatwać i przeradzać w wielki ponadnarodowy...
Ale, ale - nie uprzedzajmy faktów i nie zdradzajmy zakończenia.
Bohaterem tej powieści jest młody, bardzo ambitny i lekko psychopatyczny oficer operacyjny Wydziału Czwartego Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Katowicach - Antoni Szarzyński. Wychowany w domu dziecka, otoczony dziwnego rodzaju opieką przez pewnego człowieka nazwiskiem Drzewiecki różni się od swoich wąsatych, grubych kolegów czytających "Sport" zza szarych "urzędniczych" biurek. Różni się nie tylko urodą - jest przystojny i wygląda na tle tej PRL'owskiej rzeczywistości jak bohater amerykańskiego filmu. Różni się przede wszystkim ambicją, wyjątkową bystrością, inteligencją i przynajmniej pozornym brakiem skrupułów. Jest bohaterem wybranym, takim trochę "nadagentem". Z tej racji Szarzyński trafia do wyjątkowej grupy wewnątrz SB.
Właściwą kanwą tej powieści stają się prawdziwe cele tej grupy, które odkrywamy wraz z głównym bohaterem. Od tego momentu historia, jak na sensację przystało coraz bardziej się komplikuje, odkrywa niespodziewane karty z przeszłości, a na koniec mocno zaskakuje. I nie byłabym szczera, gdybym napisała, że czytając nie byłam ciekawa zakończenia. Ale zakończenie mnie akurat zaskoczyło średnio satysfakcjonująco. Może nie należę do największych fanów różnego rodzaju spisków, a może po prostu były to zbyt "chłopackie" klimaty: metody działania służb, werbowanie współpracowników, pościgi samochodami, tortury, zabójstwa, jak na bloga z madame w tytule :).
Linki:
Szczepan Twardoch - blog
Powieść w Merlin.pl
wtorek, 20 października 2009
piątek, 18 września 2009
MIŚ 2009 reż. jeden z warszawskich urzędów skarbowych
Ostatnimi czasy niestety zamilkłam. Jest to spowodowane natłokiem zdarzeń, sytuacji, niezbędnych spraw do załatwienia w tzw. realu.
***
Co prawda skończyłam niedawno czytać "Ulicę marzycieli" Roberta McLiama Willsona (powrót do lektury sprzed lat), obejrzałam bardzo wzruszającą biografię Christophera McCandless'a "Into the wild" oraz byłam w warszawskim studiu Film Farat na głośnej sztuce Krzysztofa Warlikowskiego "(A)pollonia" i naprawdę byłoby o czym pisać.
Tymczasem dzisiaj życie przerosło sztukę (tym razem tą kabaretową) i mam głęboką potrzebę podzielenia się pewną historią, jaka spotkała mnie w Urzędzie Skarbowym. Rzadko bywam w tym przybytku i może stąd moje zaskoczenie, tym co stało się moim udziałem.
"Nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi"
Dzisiaj rano poszłam po zaświadczenie o niezaleganiu z podatkami. Przed drzwiami byłam za dwadzieścia ósma, kolejkę zajęłam sobie pierwsza. Punkt ósma Pan Ochroniarz drzwi otworzył i szturmem ruszyłam do okienka nr 18. Przy okienku niestety Pani urzędniczki jeszcze nie było, więc stałam i cierpliwie czekałam. Tymczasem do okienka obok (zaświadczenia o dochodach) podeszła dziewczyna, wyjęła dowód i mówi "Ja przyszłam do zaświadczenie, miało być na dzisiaj". Urzędniczka spojrzała na nią "Jak na dzisiaj, to na pewno nie ma" - rzekła bez zająknięcia. "A kiedy Pani składała wniosek?" "W zeszły piątek" - dziewczyna była wyjątkowo pokorna, tym bardziej, że urząd ma 7 dni na wydanie takiego zaświadczenia, więc chyba miała prawo go otrzymać, a urząd obowiązek jej wydać. Nigdy nie wiadomo, czy nie przejechała po to pół miasta, albo musiała zwolnić się z pracy. "Nie, nie, na pewno nie ma, Pani przyjdzie we wtorek" - powiedziała Pani z okienka, a dziewczyna opuściła budynek Urzędu. Ja dalej stałam przy swoim pokornie, bo urzędniczka z mojego okienka wciąż się spóźniała. Pani od dochodów wstała, podeszła do pliku dokumentów leżących na szafce obok, zaczęła je przerzucać i mówi pod nosem "Pani X, Pani X (tu padało nazwisko dziewczyny, która dopiero co wyszła) - o jednak jest to zaświadczenie".
Nie mogłam w to uwierzyć, a Pani Urzędniczka nie widząc chyba zza lady mojego dość sporego brzucha, zwróciła się do mnie "Pani biegnie za tą Panią, powie jej żeby wróciła". Odpowiedziałam grzecznie, że niewskazane mi jest w stanie błogosławionym biegać. Na szczęście urzędniczka znalazła na wniosku numer komórki i zadzwoniła do Pani X, a ta zawróciła i zaświadczenie uzyskała.
Pani do mojego okienka też dotarła i wszystko skończyło się happy endem.
***
Co prawda skończyłam niedawno czytać "Ulicę marzycieli" Roberta McLiama Willsona (powrót do lektury sprzed lat), obejrzałam bardzo wzruszającą biografię Christophera McCandless'a "Into the wild" oraz byłam w warszawskim studiu Film Farat na głośnej sztuce Krzysztofa Warlikowskiego "(A)pollonia" i naprawdę byłoby o czym pisać.
Tymczasem dzisiaj życie przerosło sztukę (tym razem tą kabaretową) i mam głęboką potrzebę podzielenia się pewną historią, jaka spotkała mnie w Urzędzie Skarbowym. Rzadko bywam w tym przybytku i może stąd moje zaskoczenie, tym co stało się moim udziałem.
"Nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi"
Dzisiaj rano poszłam po zaświadczenie o niezaleganiu z podatkami. Przed drzwiami byłam za dwadzieścia ósma, kolejkę zajęłam sobie pierwsza. Punkt ósma Pan Ochroniarz drzwi otworzył i szturmem ruszyłam do okienka nr 18. Przy okienku niestety Pani urzędniczki jeszcze nie było, więc stałam i cierpliwie czekałam. Tymczasem do okienka obok (zaświadczenia o dochodach) podeszła dziewczyna, wyjęła dowód i mówi "Ja przyszłam do zaświadczenie, miało być na dzisiaj". Urzędniczka spojrzała na nią "Jak na dzisiaj, to na pewno nie ma" - rzekła bez zająknięcia. "A kiedy Pani składała wniosek?" "W zeszły piątek" - dziewczyna była wyjątkowo pokorna, tym bardziej, że urząd ma 7 dni na wydanie takiego zaświadczenia, więc chyba miała prawo go otrzymać, a urząd obowiązek jej wydać. Nigdy nie wiadomo, czy nie przejechała po to pół miasta, albo musiała zwolnić się z pracy. "Nie, nie, na pewno nie ma, Pani przyjdzie we wtorek" - powiedziała Pani z okienka, a dziewczyna opuściła budynek Urzędu. Ja dalej stałam przy swoim pokornie, bo urzędniczka z mojego okienka wciąż się spóźniała. Pani od dochodów wstała, podeszła do pliku dokumentów leżących na szafce obok, zaczęła je przerzucać i mówi pod nosem "Pani X, Pani X (tu padało nazwisko dziewczyny, która dopiero co wyszła) - o jednak jest to zaświadczenie".
Nie mogłam w to uwierzyć, a Pani Urzędniczka nie widząc chyba zza lady mojego dość sporego brzucha, zwróciła się do mnie "Pani biegnie za tą Panią, powie jej żeby wróciła". Odpowiedziałam grzecznie, że niewskazane mi jest w stanie błogosławionym biegać. Na szczęście urzędniczka znalazła na wniosku numer komórki i zadzwoniła do Pani X, a ta zawróciła i zaświadczenie uzyskała.
Pani do mojego okienka też dotarła i wszystko skończyło się happy endem.
środa, 9 września 2009
Królowa Tiramisu
Królowa Tiramisu
Bohdan Sławiński, Warszawa 2009
***
W gronie siedmiu finalistów tegorocznej nagrody literackiej Nike znalazła się debiutancka powieść Bohdana Sławińskiego "Królowa Tiramisu". Z krótkich recenzji, jakie mogłam wyczytać na stronie Gazety Wyborczej opis tej książki na tyle mnie zaintrygował, że postanowiłam ją przeczytać.
Tematem tej powieści jest seksualność chłopca (mężczyzny) i jego pierwsza "erotyczna" fascynacja matką, a później już w wieku lat dwudziestukilku miłość do starszej kobiety. Nie jest to temat nowy dla literatury, ale w tej powieści bardzo oryginalnie ujęty. Gównie ze względu na materię językową i wielość znaczeń, jakie są tam zawarte. Powieść Sławińskiego jest bowiem swoistym strumieniem świadomości, gdzie rzeczywistość miesza się ze wspomnieniami, skojarzeniami i wyobrażeniami autora.
Bohater Piotr (lub Piotruś) dojrzewa w małym miasteczku. Słodkie, baśniowe dzieciństwo przerywa mu śmierć ojca i pojawienie się ojczyma - pierwszego rywala, który "odbiera mu" matkę. Później nasz bohater wyjeżdża do stolicy, aby studiować, robić doktorat, pracować. Tam spotyka kobietę - dużo starszą od niego, ale piękną i zadbaną mężatkę, która go pociąga, fascynuje, której pożąda. Kobietę, która bawi się jego uczuciem, a ich relacja nie przynosi mu ukojenia.
Jest to więc powieść zarówno o fascynacji, ale i o niemocy mężczyzny wobec świata kobiet (w tym kontekście bohater Sławińskiego przypomina mi bohatera z filmu The Wall by Pink Floyd).
W fabułę jako paralela do historii Piotra wpleciona jest baśń o Królowej Tiramisu, której królestwo najeżdża Król Żółci, Octu i Goryczy i o wygnanym królewiczu, który pragnie odzyskać ojcowiznę.
Ale właściwie cała ta powieść jest baśnią - współczesną baśnią pełną symboli i archetypów: począwszy od dzieciństwa, symbolu matki i ojca, przemijania i śmierci, symbolu arkadyjskiej natury i bezimiennego miasta, aż po symbol kobiety fatalnej. Język tej powieści to właściwie język poezji, w jej leśmianowskim klimacie. W końcu autor przed napisaniem tej powieści tworzył głównie poezję.
I troszkę tak jak poezja nie jest dla wszystkich, tak i ta powieść może znaleźć wielu przeciwników (znalazłam opinie na jakimś forum, że manieryczna... )
Język jest na tyle gęsty, że trzeba się przez niego przebijać i czytać powoli, kilkakrotnie, szukając ukrytych znaczeń. Rozumiem, że może się komuś po prostu nie chcieć. Ale mi wydaję się, że warto.

A tu taki bardzo leśmianowski fragment:
"Budzę się, szumi deszcz, ziemia pachnie, Julia jeszcze śpi, szczelnie okrywam ja kocem, słucham seplenienia wody, młynów zaokiennej modlitwy. Słyszę w deszczu litanie moje babci, zdrowaś chlupie po kamieniach, szeleszczy po trawach, w źdźbłach, ojcze nasz wlewa się do nor myszy. Pod palcami czuję Julię, jest miękka i ciepła, potem ścianę, okno, dotykam deszczu. Pachnie ziemia i pelargonie, idę przez ogród, ostrożnie, jak kot w mokrej trawie, łapka za łapką, dalej przez łąki, boso, przemoczony, drżący, łąki są soczyście zielone, ja ledwie odrosłem od ziemi, przez zboża, one się chylą, wraz z wiatrem, dochodzę do figurki - madonna ma twarz mojej babci, uśmiecha się, cała z dobroci i zmarszczek, pokazuje mi drogę do domu. (...)"
Linki:
http://bohdanslawinski.blogspot.com/
http://wyborcza.pl/0,81826.html
Bohdan Sławiński, Warszawa 2009
***
W gronie siedmiu finalistów tegorocznej nagrody literackiej Nike znalazła się debiutancka powieść Bohdana Sławińskiego "Królowa Tiramisu". Z krótkich recenzji, jakie mogłam wyczytać na stronie Gazety Wyborczej opis tej książki na tyle mnie zaintrygował, że postanowiłam ją przeczytać.
Tematem tej powieści jest seksualność chłopca (mężczyzny) i jego pierwsza "erotyczna" fascynacja matką, a później już w wieku lat dwudziestukilku miłość do starszej kobiety. Nie jest to temat nowy dla literatury, ale w tej powieści bardzo oryginalnie ujęty. Gównie ze względu na materię językową i wielość znaczeń, jakie są tam zawarte. Powieść Sławińskiego jest bowiem swoistym strumieniem świadomości, gdzie rzeczywistość miesza się ze wspomnieniami, skojarzeniami i wyobrażeniami autora.
Bohater Piotr (lub Piotruś) dojrzewa w małym miasteczku. Słodkie, baśniowe dzieciństwo przerywa mu śmierć ojca i pojawienie się ojczyma - pierwszego rywala, który "odbiera mu" matkę. Później nasz bohater wyjeżdża do stolicy, aby studiować, robić doktorat, pracować. Tam spotyka kobietę - dużo starszą od niego, ale piękną i zadbaną mężatkę, która go pociąga, fascynuje, której pożąda. Kobietę, która bawi się jego uczuciem, a ich relacja nie przynosi mu ukojenia.
Jest to więc powieść zarówno o fascynacji, ale i o niemocy mężczyzny wobec świata kobiet (w tym kontekście bohater Sławińskiego przypomina mi bohatera z filmu The Wall by Pink Floyd).
W fabułę jako paralela do historii Piotra wpleciona jest baśń o Królowej Tiramisu, której królestwo najeżdża Król Żółci, Octu i Goryczy i o wygnanym królewiczu, który pragnie odzyskać ojcowiznę.
Ale właściwie cała ta powieść jest baśnią - współczesną baśnią pełną symboli i archetypów: począwszy od dzieciństwa, symbolu matki i ojca, przemijania i śmierci, symbolu arkadyjskiej natury i bezimiennego miasta, aż po symbol kobiety fatalnej. Język tej powieści to właściwie język poezji, w jej leśmianowskim klimacie. W końcu autor przed napisaniem tej powieści tworzył głównie poezję.
I troszkę tak jak poezja nie jest dla wszystkich, tak i ta powieść może znaleźć wielu przeciwników (znalazłam opinie na jakimś forum, że manieryczna... )
Język jest na tyle gęsty, że trzeba się przez niego przebijać i czytać powoli, kilkakrotnie, szukając ukrytych znaczeń. Rozumiem, że może się komuś po prostu nie chcieć. Ale mi wydaję się, że warto.

A tu taki bardzo leśmianowski fragment:
"Budzę się, szumi deszcz, ziemia pachnie, Julia jeszcze śpi, szczelnie okrywam ja kocem, słucham seplenienia wody, młynów zaokiennej modlitwy. Słyszę w deszczu litanie moje babci, zdrowaś chlupie po kamieniach, szeleszczy po trawach, w źdźbłach, ojcze nasz wlewa się do nor myszy. Pod palcami czuję Julię, jest miękka i ciepła, potem ścianę, okno, dotykam deszczu. Pachnie ziemia i pelargonie, idę przez ogród, ostrożnie, jak kot w mokrej trawie, łapka za łapką, dalej przez łąki, boso, przemoczony, drżący, łąki są soczyście zielone, ja ledwie odrosłem od ziemi, przez zboża, one się chylą, wraz z wiatrem, dochodzę do figurki - madonna ma twarz mojej babci, uśmiecha się, cała z dobroci i zmarszczek, pokazuje mi drogę do domu. (...)"
Linki:
http://bohdanslawinski.blogspot.com/
http://wyborcza.pl/0,81826.html
piątek, 4 września 2009
Warszawski wrzesień na deskach teatru (cz. 2)
CD... wirtualnej podróży po warszawskich teatrach
***
W teatrze Kwadrat francuska komedia "Co ja panu zrobiłem, Pignon?" z Pawłem Wawrzeckim, Grzegorzem Wonsem, Andrzejem Grabarczykiem. W pewnym mieście spotyka się dwóch mężczyzn: zawodowy fotograf i zawodowy morderca. Francois Pignon to jak możemy wyczytać na stronach teatru "ulubiony bohater Vebera, współczesny everyman, dobry i uczciwy człowiek rzucony na głębokie wody okrutnej cywilizacji konsumpcyjnej". Co z tego spotkania wyniknie? Można sprawdzić na Czackiego od 15-tego do 20-tego września.
http://www.teatrkwadrat.pl/index.php?action=spektakle&action_id=32
W Teatrze Bajka we wrześniu premiera sztuki Antoniego Cwojdzińskiego "Hipnoza" (nie mylić z tą do niedawna graną w Teatrze Polonia). Na deskach teatru dwoje bardzo popularnych aktorów Beata Ścibakówna i Rafał Królikowski w roli pacjentki i lekarza - hipnotyzera. Spektakl wyreżyserował Wojciech Malajkat.
Natomiast 25 i 26 września (mająca premierę w ubiegłym roku) niemiecka tragikomedia "Ucho van Gogha". Historia dwojga nieszczęśliwie zakochanych czterdziestolatków. Na scenie niesamowite trio: Michał Żebrowski, Jolanta Fraszyńska i Piotr Machalica.
http://www.teatrbajka.pl/repertuar/hipnoza
http://www.teatrbajka.pl/repertuar/ucho_van_gogha
W weekend 11-13 września w niedawno otwartym teatrze Emiliana Kamińskiego "Kamienica" prapremiera sztuki Jakuba Przebindowskiego "Botox". Jak mówią jej twórcy, rzecz będzie o coraz popularniejszym w naszej cywilizacji kulcie ciała, młodości i wierze, że jedynie wygląd ciała ma wpływ na nasze samopoczucie i samoocenę. Kto chce zobaczyć klinikę chirurgii plastycznej od wewnątrz, a także twórców tej sztuki na deskach teatru (m.in. autora Jakuba Przebindowskiego z żoną Martyną Kliszewską) niech już dziś kupuje bilety.
http://teatrkamienica.pl/?page=1&newsid=38
Wygląda na to, że pod koniec września (29 i 30.09) warto wybrać się na Żoliborz do Teatru Komedia. Będzie wtedy grany spektakl hiszpańskiego dramaturga Jordiego Galcerana pt "Metoda". Rzecz ma się o współczesnym świecie korporacji, o konformizmie, pędzie do sukcesu za wszelką cenę. W zamkniętym pomieszczeniu cztery osoby są poddane testom, mającym na celu wyselekcjonowanie metodą "doboru naturalnego" najlepszych pracowników. Na deskach teatru zobaczymy Marię Seweryn, Tomasza Karolaka, Rafała Mohra i Łukasza Simlata.
http://www.teatrkomedia.pl/?nodeid=353
***
W teatrze Kwadrat francuska komedia "Co ja panu zrobiłem, Pignon?" z Pawłem Wawrzeckim, Grzegorzem Wonsem, Andrzejem Grabarczykiem. W pewnym mieście spotyka się dwóch mężczyzn: zawodowy fotograf i zawodowy morderca. Francois Pignon to jak możemy wyczytać na stronach teatru "ulubiony bohater Vebera, współczesny everyman, dobry i uczciwy człowiek rzucony na głębokie wody okrutnej cywilizacji konsumpcyjnej". Co z tego spotkania wyniknie? Można sprawdzić na Czackiego od 15-tego do 20-tego września.
http://www.teatrkwadrat.pl/index.php?action=spektakle&action_id=32
W Teatrze Bajka we wrześniu premiera sztuki Antoniego Cwojdzińskiego "Hipnoza" (nie mylić z tą do niedawna graną w Teatrze Polonia). Na deskach teatru dwoje bardzo popularnych aktorów Beata Ścibakówna i Rafał Królikowski w roli pacjentki i lekarza - hipnotyzera. Spektakl wyreżyserował Wojciech Malajkat.
Natomiast 25 i 26 września (mająca premierę w ubiegłym roku) niemiecka tragikomedia "Ucho van Gogha". Historia dwojga nieszczęśliwie zakochanych czterdziestolatków. Na scenie niesamowite trio: Michał Żebrowski, Jolanta Fraszyńska i Piotr Machalica.
http://www.teatrbajka.pl/repertuar/hipnoza
http://www.teatrbajka.pl/repertuar/ucho_van_gogha
W weekend 11-13 września w niedawno otwartym teatrze Emiliana Kamińskiego "Kamienica" prapremiera sztuki Jakuba Przebindowskiego "Botox". Jak mówią jej twórcy, rzecz będzie o coraz popularniejszym w naszej cywilizacji kulcie ciała, młodości i wierze, że jedynie wygląd ciała ma wpływ na nasze samopoczucie i samoocenę. Kto chce zobaczyć klinikę chirurgii plastycznej od wewnątrz, a także twórców tej sztuki na deskach teatru (m.in. autora Jakuba Przebindowskiego z żoną Martyną Kliszewską) niech już dziś kupuje bilety.
http://teatrkamienica.pl/?page=1&newsid=38
Wygląda na to, że pod koniec września (29 i 30.09) warto wybrać się na Żoliborz do Teatru Komedia. Będzie wtedy grany spektakl hiszpańskiego dramaturga Jordiego Galcerana pt "Metoda". Rzecz ma się o współczesnym świecie korporacji, o konformizmie, pędzie do sukcesu za wszelką cenę. W zamkniętym pomieszczeniu cztery osoby są poddane testom, mającym na celu wyselekcjonowanie metodą "doboru naturalnego" najlepszych pracowników. Na deskach teatru zobaczymy Marię Seweryn, Tomasza Karolaka, Rafała Mohra i Łukasza Simlata.
http://www.teatrkomedia.pl/?nodeid=353
czwartek, 3 września 2009
Warszawski wrzesień na deskach teatru (cz. 1)
Ponieważ nie wiadomo, czy uda mi się, a jeśli tak to ile razy odwiedzić tej jesieni warszawskie teatry, postanowiłam przynajmniej wirtualnie zrobić przegląd ciekawych przedstawień. Sezon zaczął się na całego i na pewno wiele przedstawień wartych jest obejrzenia.
***
Ja zaczynam od spektaklu Krzysztofa Warlikowskiego "A(polonia)", który miał swoją premierę w maju tego roku i był wystawiany na Międzynarodowym Festiwalu Teatralnych w Awinionie. Spektakl o ofiarowaniu, o sensie poświęcenia ze wspaniała obsadą aktorską: Magdaleną Cielecką, Ewą Dałkowską, Mają Ostaszewską, Maciejem Stuhrem, Andrzejem Chyrą itp. Tym razem grany od środy 9.09 do niedzieli 13.09 w Farat Film Studio w warszawskich Włochach przy ul. Noteckiej 22.
http://www.nowyteatr.org/#/pl/appolonia/apollonia_spektakl
W ten sam weekend (11-13.09) ciekawą sztukę prezentuje Teatr Współczesny. Przedstawienie do tekstu Braci Presniakow pt "Udając ofiarę". Jest to współczesna sztuka rosyjska (bądź co bądź we Współczesnym musi taka być :)) o trzydziestoletnim absolwencie filozofii Wali, który grywa w milicyjnych rekonstrukcjach. W tej roli Borys Szyc. W pozostałych rolach Sławomir Orzechowski, Janusz Nowicki, Stanisława Celińska.
http://www.wspolczesny.pl/teatr/rep/of.html
13 września w Teatrze Rozmaitości odbędzie się próba otwarta sztuki "Solaris. Raport", której premiera przygotowywana jest na 2 października. Jest to adaptacja głośnej powieści Stanisława Lema, którą można było dwukrotnie oglądać na wielkim ekranie. Na pewno warto zobaczyć w jaki sposób reżyserująca przedstawienie Natalia Korczakowska poradzi sobie z trudną materią powieści science-fiction o planecie pokrytej "inteligentną" plazmą, oceanem mogącym przetwarzać i materializować ludzkie myśli i wspomnienia.
http://www.trwarszawa.pl/wydarzenia/solaris
Od 19 września wraca po przerwie wakacyjnej do Teatru Roma "Upiór w operze" (ten musical udało mi się akurat zobaczyć w poprzednim sezonie). Grany będzie bez przerwy przynajmniej do końca października. Jest to opowieść o zdeformowanym fizycznie, acz genialnym kompozytorze mieszkającym w podziemiach opery i jego nieszczęśliwej miłości do młodej sopranistki. Romans, wspaniała inscenizacja i grana na żywo piękna muzyka Andrew Lloyd Webbera z pewnością znowu przyciągną do Romy wielu widzów.
http://www.teatrroma.pl/
CDN...
***
Ja zaczynam od spektaklu Krzysztofa Warlikowskiego "A(polonia)", który miał swoją premierę w maju tego roku i był wystawiany na Międzynarodowym Festiwalu Teatralnych w Awinionie. Spektakl o ofiarowaniu, o sensie poświęcenia ze wspaniała obsadą aktorską: Magdaleną Cielecką, Ewą Dałkowską, Mają Ostaszewską, Maciejem Stuhrem, Andrzejem Chyrą itp. Tym razem grany od środy 9.09 do niedzieli 13.09 w Farat Film Studio w warszawskich Włochach przy ul. Noteckiej 22.
http://www.nowyteatr.org/#/pl/appolonia/apollonia_spektakl
W ten sam weekend (11-13.09) ciekawą sztukę prezentuje Teatr Współczesny. Przedstawienie do tekstu Braci Presniakow pt "Udając ofiarę". Jest to współczesna sztuka rosyjska (bądź co bądź we Współczesnym musi taka być :)) o trzydziestoletnim absolwencie filozofii Wali, który grywa w milicyjnych rekonstrukcjach. W tej roli Borys Szyc. W pozostałych rolach Sławomir Orzechowski, Janusz Nowicki, Stanisława Celińska.
http://www.wspolczesny.pl/teatr/rep/of.html
13 września w Teatrze Rozmaitości odbędzie się próba otwarta sztuki "Solaris. Raport", której premiera przygotowywana jest na 2 października. Jest to adaptacja głośnej powieści Stanisława Lema, którą można było dwukrotnie oglądać na wielkim ekranie. Na pewno warto zobaczyć w jaki sposób reżyserująca przedstawienie Natalia Korczakowska poradzi sobie z trudną materią powieści science-fiction o planecie pokrytej "inteligentną" plazmą, oceanem mogącym przetwarzać i materializować ludzkie myśli i wspomnienia.
http://www.trwarszawa.pl/wydarzenia/solaris
Od 19 września wraca po przerwie wakacyjnej do Teatru Roma "Upiór w operze" (ten musical udało mi się akurat zobaczyć w poprzednim sezonie). Grany będzie bez przerwy przynajmniej do końca października. Jest to opowieść o zdeformowanym fizycznie, acz genialnym kompozytorze mieszkającym w podziemiach opery i jego nieszczęśliwej miłości do młodej sopranistki. Romans, wspaniała inscenizacja i grana na żywo piękna muzyka Andrew Lloyd Webbera z pewnością znowu przyciągną do Romy wielu widzów.
http://www.teatrroma.pl/
CDN...
poniedziałek, 31 sierpnia 2009
Szpieg w Jałcie
Szpieg w Jałcie,
Michael Dobbs, Warszawa 2008 r.
***
Ponieważ jutro mija 70 rocznica wybuchu II Wojny Światowej postanowiłam również na moim blogu poszukać ciekawych literackich nawiązań do tego najważniejszego w XX wieku wydarzenia. Oczywiście w mediach nie milkną komentarze dotyczące sporów o naszą (już nie taką najnowszą) historię i tego, co może się wydarzyć podczas jutrzejszych obchodów. Tymczasem myśląc o tym jaką ciekawą książkę, mogłabym polecić w temacie wojny przypomniałam sobie bardzo interesującą powieść, którą przeczytałam w ubiegłym roku po recenzji w Rzepie.
Jest to książka zafascynowanego historią angielskiego pisarza - Michaela Dobbsa pt. "Szpieg w Jałcie". Co do samego tytułu to jest on wariacją polskiego tłumacza i nie ma zbyt wiele wspólnego z oryginałem. Po lekturze tej powieści zastanowiło mnie skąd w zasadzie wziął się tam ten "szpieg" i dlatego sięgnęłam po tytuł oryginału. Brzmiał on "Churchill's Triumph". Rozumiem, że polski wydawca miał nadzieję, że szpieg zawsze nada jakiegoś kryminalnego kolorytu i może skusi się także na tę powieść ktoś zainteresowany bardziej literaturą sensacyjną, niż historyczną.
Tymczasem powieść Dobbsa w bardzo realistyczny sposób oddaje atmosferę i realia wydarzeń, które miały miejsce w Jałcie 4 lutego 1945 r. W dniu, kiedy trzech wielkich polityków, trzech najpotężniejszych ludzi na świecie spotyka się w tej miejscowości na Półwyspie Krymskim, aby ustalić szczegóły pokoju i stworzyć nowy podział świata, który trwać miał prawie pięćdziesiąt lat. Na tle tej tworzącej się historii świata pojawia się postać zwykłego człowieka - Polaka. Postanawia on wykorzystać swoją ostatnią szansę, aby powrócić do Warszawy i odnaleźć zaginioną w ruinach córeczkę.
Bardzo ciekawie został ten fikcyjny wątek wpleciony w historyczne wydarzenia. Co ciekawe, autor nie będąc Polakiem, tak trafnie umiał ukazać polski wymiar jałtańskich wydarzeń. Bohaterami tej książki są więc oczywiście Churchill i sprawa polska.
Nie jest to może temat wybuchu tej wojny, a raczej jej końca, ale i tak warto dzisiaj sięgnąć po tę książkę w kontekście obecnych komentarzy i dyskusji.

A jeśli komuś nie chce się czytać tych 360 stron zawsze może sobie przypomnieć, jak o konferencji śpiewał Jacek Kaczmarski.
Michael Dobbs, Warszawa 2008 r.
***
Ponieważ jutro mija 70 rocznica wybuchu II Wojny Światowej postanowiłam również na moim blogu poszukać ciekawych literackich nawiązań do tego najważniejszego w XX wieku wydarzenia. Oczywiście w mediach nie milkną komentarze dotyczące sporów o naszą (już nie taką najnowszą) historię i tego, co może się wydarzyć podczas jutrzejszych obchodów. Tymczasem myśląc o tym jaką ciekawą książkę, mogłabym polecić w temacie wojny przypomniałam sobie bardzo interesującą powieść, którą przeczytałam w ubiegłym roku po recenzji w Rzepie.
Jest to książka zafascynowanego historią angielskiego pisarza - Michaela Dobbsa pt. "Szpieg w Jałcie". Co do samego tytułu to jest on wariacją polskiego tłumacza i nie ma zbyt wiele wspólnego z oryginałem. Po lekturze tej powieści zastanowiło mnie skąd w zasadzie wziął się tam ten "szpieg" i dlatego sięgnęłam po tytuł oryginału. Brzmiał on "Churchill's Triumph". Rozumiem, że polski wydawca miał nadzieję, że szpieg zawsze nada jakiegoś kryminalnego kolorytu i może skusi się także na tę powieść ktoś zainteresowany bardziej literaturą sensacyjną, niż historyczną.
Tymczasem powieść Dobbsa w bardzo realistyczny sposób oddaje atmosferę i realia wydarzeń, które miały miejsce w Jałcie 4 lutego 1945 r. W dniu, kiedy trzech wielkich polityków, trzech najpotężniejszych ludzi na świecie spotyka się w tej miejscowości na Półwyspie Krymskim, aby ustalić szczegóły pokoju i stworzyć nowy podział świata, który trwać miał prawie pięćdziesiąt lat. Na tle tej tworzącej się historii świata pojawia się postać zwykłego człowieka - Polaka. Postanawia on wykorzystać swoją ostatnią szansę, aby powrócić do Warszawy i odnaleźć zaginioną w ruinach córeczkę.
Bardzo ciekawie został ten fikcyjny wątek wpleciony w historyczne wydarzenia. Co ciekawe, autor nie będąc Polakiem, tak trafnie umiał ukazać polski wymiar jałtańskich wydarzeń. Bohaterami tej książki są więc oczywiście Churchill i sprawa polska.
Nie jest to może temat wybuchu tej wojny, a raczej jej końca, ale i tak warto dzisiaj sięgnąć po tę książkę w kontekście obecnych komentarzy i dyskusji.

A jeśli komuś nie chce się czytać tych 360 stron zawsze może sobie przypomnieć, jak o konferencji śpiewał Jacek Kaczmarski.
Etykiety:
II Wojna Światowa,
książka,
literatura zagraniczna,
Szpieg w Jałcie
czwartek, 27 sierpnia 2009
Eduardo Mendoza i jego szalona proza :P
Proza Eduardo Mendozy
Oliwkowy labirynt (wyd. Znak, 2009)
Przygoda fryzjera damskiego (wyd. Znak, 2009)
Sekret hiszpańskiej pensjonarki (wyd. Znak 2009)
***
Sierpień nieubłagalnie dobiega końca, a wraz z nim wakacje. Pójdą dzieciaki do szkół, przedszkoli i znowu wszyscy zaśpiewamy kultową piosenkę Tymona "Mam znowu doła... "
Tymczasem ostatnią lekturą jaką udało mi się skończyć w te wakacje anno domini 2009 była ostatnia część trylogii Eduardo Mendozy "Oliwkowy labirynt". Zaczęłam od "Sekretu hiszpańskiej pensjonarki", potem była "Przygoda fryzjera damskiego" i na koniec właśnie "Oliwkowy labirynt".
Wszystkie trzy powieści łączy postać głównego bohatera - szalonego detektywa, który aby rozwiązywać największe kryminalne zagadki współczesnej Barcelony musi opuścić swoje codzienne zaciszne mieszkanko w domu wariatów. Jeśli ktoś oczekuje kryminału w jego klasycznej odmianie będzie zawiedziony. Owszem akcja płynie dość wartko (nie sposób się nudzić), co chwila następuje zupełnie niespodziewany zwrot wydarzeń, a i rozwiązanie zagadki bywa jak to w kryminałach dość niespodziewane, choć logiczne. Ale to wszystko nie jest typową powieścią kryminalno-przygodową, głównie dlatego, że w zasadzie prozą Mendozy niepodzielnie rządzi absurd. Już sam bohater nie jest typowym detektywem, a cała plejada, spotykanych przez niego na drodze do rozwiązania zagadek postaci, to jeszcze większe dziwadła. A zdarzenia w jakich uczestniczą też nie należą do najbardziej prawdopodobnych. Z obwoluty jednej z powieści "tak rozpoczyna się powieść obfitująca w nieoczekiwane zwroty akcji, pościgi, śledztwa, przebieranki, gagi i szlone qui pro quo". Jeśli ktoś lubi klimaty Monty Pythona będzie zachwycony. Pewnie dlatego wydawcy nazywają powieści hiszpańskiego pisarza "latający cyrk" Eduardo Mendozy.
Ja spotkałam zarówno zakochanych w jego powieściach, jak i takich, których ciężki język (to może też być kwestia tłumaczenia) i gęstość jego prozy zniechęciła do czytania.



***
A oto przedsmak. Mój ulubiony fragment z "Przygody fryzjera damskiego", gdzie nasz detektyw rozmawia właśnie z nikim innym jak samym prezydentem Barcelony:
"... Zapraszam pana na cappuccino.
Zgodziłem się zachwycony. Pan prezydent i ja poszliśmy do baru i usiedliśmy przy stoliku w głęci, by móc rozmawiać spokojnie, poza zasięgiem wzroku przechodniów, podczas gdy pracowita ekipa telewizyjna i prezydencki orszak trwonili fundusze publiczne w paszczach jednorękich bandytów. Pan prezydent zamówił dla siebie cappuccino, a dla mnie nic i powiedział:
- Kampania wyborcza, zbyteczne, by o tym mówić, rozwija się wyśmienicie: jak podają sondaże, jeśli uda mi się nieco zwiększyć absencję, zostanę wybrany głosem własnym i mojej żony. Ale pewna chmura mąci ten piękny obraz. Wybaczy mi pan ten górnolotny język wieców - chcę powiedzieć, że sprawa Pardalota może negatywnie wpłynąć na mój wizerunek.
- Czyżby miał pan z nią coś wspólnego - zapytałem.
- Człowieku, trochę tak. Nie jesteśmy już na wizji, więc mogę to panu powiedzieć - odparł pan prezydent. - Otóż lata temu, zanim jeszcze oddałem się całym ciałem polityce, Pardalot i ja prowadziliśmy pewne bardzo owocne interesy. Wiołałbym, żeby nie wyszły teraz na światło dzienne. Po owych interesach pozostały dokumenty, których nie nazwałbym kompromitującymi, lecz... nieco kłopotliwymi. Wspomniane dokumenty znajdowały się w rękach Pardalota, który, trzeba mu to przyznać, nigdy nie uczynił z nich, ani nie zagroził, że uczyni, złego użytku, za życia ani po śmierci. Rozumie pan? A teraz kolej na najsmakowitszą część opowieści. Kilka dni temu, około północy, pracowałem w urzędzie miasta nad miejskimi sprawami, kiedy zadzwonił tajemniczy telefon. Telefonistka połączyła go z moim sekretarzem, ten ze mną, a wówczas usłyszałem dziwny głos, zapewne zniekształcony przez chusteczkę, który mówił: przepraszam, panie prezydencie, ale zepsuł się ekspres do kawy.
- Nie, człowieku, to powiedział panu właśnie kelner - zauważyłem.
- Rzeczywiście. Często mieszają mi się różne rzeczy. To znane zjawisko parapsychologiczne. Na czym to stanęliśmy?
- Na telefonie, głosie i chusteczce."
Linki:
http://merlin.pl/Eduardo-Mendoza_Eduardo-Mendoza/browse/search/1.html?offer=O&sort=rank&person=Eduardo+Mendoza&phrase=Eduardo+Mendoza
http://pl.wikipedia.org/wiki/Eduardo_Mendoza
Oliwkowy labirynt (wyd. Znak, 2009)
Przygoda fryzjera damskiego (wyd. Znak, 2009)
Sekret hiszpańskiej pensjonarki (wyd. Znak 2009)
***
Sierpień nieubłagalnie dobiega końca, a wraz z nim wakacje. Pójdą dzieciaki do szkół, przedszkoli i znowu wszyscy zaśpiewamy kultową piosenkę Tymona "Mam znowu doła... "
Tymczasem ostatnią lekturą jaką udało mi się skończyć w te wakacje anno domini 2009 była ostatnia część trylogii Eduardo Mendozy "Oliwkowy labirynt". Zaczęłam od "Sekretu hiszpańskiej pensjonarki", potem była "Przygoda fryzjera damskiego" i na koniec właśnie "Oliwkowy labirynt".
Wszystkie trzy powieści łączy postać głównego bohatera - szalonego detektywa, który aby rozwiązywać największe kryminalne zagadki współczesnej Barcelony musi opuścić swoje codzienne zaciszne mieszkanko w domu wariatów. Jeśli ktoś oczekuje kryminału w jego klasycznej odmianie będzie zawiedziony. Owszem akcja płynie dość wartko (nie sposób się nudzić), co chwila następuje zupełnie niespodziewany zwrot wydarzeń, a i rozwiązanie zagadki bywa jak to w kryminałach dość niespodziewane, choć logiczne. Ale to wszystko nie jest typową powieścią kryminalno-przygodową, głównie dlatego, że w zasadzie prozą Mendozy niepodzielnie rządzi absurd. Już sam bohater nie jest typowym detektywem, a cała plejada, spotykanych przez niego na drodze do rozwiązania zagadek postaci, to jeszcze większe dziwadła. A zdarzenia w jakich uczestniczą też nie należą do najbardziej prawdopodobnych. Z obwoluty jednej z powieści "tak rozpoczyna się powieść obfitująca w nieoczekiwane zwroty akcji, pościgi, śledztwa, przebieranki, gagi i szlone qui pro quo". Jeśli ktoś lubi klimaty Monty Pythona będzie zachwycony. Pewnie dlatego wydawcy nazywają powieści hiszpańskiego pisarza "latający cyrk" Eduardo Mendozy.
Ja spotkałam zarówno zakochanych w jego powieściach, jak i takich, których ciężki język (to może też być kwestia tłumaczenia) i gęstość jego prozy zniechęciła do czytania.



***
A oto przedsmak. Mój ulubiony fragment z "Przygody fryzjera damskiego", gdzie nasz detektyw rozmawia właśnie z nikim innym jak samym prezydentem Barcelony:
"... Zapraszam pana na cappuccino.
Zgodziłem się zachwycony. Pan prezydent i ja poszliśmy do baru i usiedliśmy przy stoliku w głęci, by móc rozmawiać spokojnie, poza zasięgiem wzroku przechodniów, podczas gdy pracowita ekipa telewizyjna i prezydencki orszak trwonili fundusze publiczne w paszczach jednorękich bandytów. Pan prezydent zamówił dla siebie cappuccino, a dla mnie nic i powiedział:
- Kampania wyborcza, zbyteczne, by o tym mówić, rozwija się wyśmienicie: jak podają sondaże, jeśli uda mi się nieco zwiększyć absencję, zostanę wybrany głosem własnym i mojej żony. Ale pewna chmura mąci ten piękny obraz. Wybaczy mi pan ten górnolotny język wieców - chcę powiedzieć, że sprawa Pardalota może negatywnie wpłynąć na mój wizerunek.
- Czyżby miał pan z nią coś wspólnego - zapytałem.
- Człowieku, trochę tak. Nie jesteśmy już na wizji, więc mogę to panu powiedzieć - odparł pan prezydent. - Otóż lata temu, zanim jeszcze oddałem się całym ciałem polityce, Pardalot i ja prowadziliśmy pewne bardzo owocne interesy. Wiołałbym, żeby nie wyszły teraz na światło dzienne. Po owych interesach pozostały dokumenty, których nie nazwałbym kompromitującymi, lecz... nieco kłopotliwymi. Wspomniane dokumenty znajdowały się w rękach Pardalota, który, trzeba mu to przyznać, nigdy nie uczynił z nich, ani nie zagroził, że uczyni, złego użytku, za życia ani po śmierci. Rozumie pan? A teraz kolej na najsmakowitszą część opowieści. Kilka dni temu, około północy, pracowałem w urzędzie miasta nad miejskimi sprawami, kiedy zadzwonił tajemniczy telefon. Telefonistka połączyła go z moim sekretarzem, ten ze mną, a wówczas usłyszałem dziwny głos, zapewne zniekształcony przez chusteczkę, który mówił: przepraszam, panie prezydencie, ale zepsuł się ekspres do kawy.
- Nie, człowieku, to powiedział panu właśnie kelner - zauważyłem.
- Rzeczywiście. Często mieszają mi się różne rzeczy. To znane zjawisko parapsychologiczne. Na czym to stanęliśmy?
- Na telefonie, głosie i chusteczce."
Linki:
http://merlin.pl/Eduardo-Mendoza_Eduardo-Mendoza/browse/search/1.html?offer=O&sort=rank&person=Eduardo+Mendoza&phrase=Eduardo+Mendoza
http://pl.wikipedia.org/wiki/Eduardo_Mendoza
Etykiety:
Eduardo Mendoza,
kryminał,
książka,
literatura zagraniczna,
powieść
Subskrybuj:
Posty (Atom)
